sobota, 14 stycznia 2012

Rozdział 19: Wiara


Rozdział 19

WIARA

Ogień ogrzewał moje dłonie i suszył ubrania. Bezdomni zaczęli się rozkładać i przykrywać czym mieli pod ręką. Ben spoglądał w zamyśleniu w ogień. W końcu spojrzał na mnie w skupieniu i powiedział:
-Jesteś pewny, że chcesz zdobywać wiedzę od kogoś takiego jak ja? Zobacz do czego mnie doprowadziło to życie. Jestem wrakiem człowieka.
-Ale nie byłeś. Nie zawsze tak było jak teraz.
-Masz rację. Kiedyś było pięknie. Moja żona była piękną kobietą a synek miał tyle talentów... a teraz? Teraz jedyne co robię to czasem udaję się odwiedzić ich groby. Bóg odebrał mi wszystko co kochałem. Gdyby był Wszechmocny... Wszechobecny... gdyby w ogóle był to nigdy ale to nigdy by na to nie pozwolił- wezbrał w nim gniew, zacisnął dłonie w pięści, potrząsał nimi w geście bezradności, jego zęby zazgrzytały a z oczu pociekły krople wody- łzy...
-Bóg istnieje- odparłem.- Dał mi to.- wyciągnąłem z plecaka list i podałem Benowi, który spojrzał na mnie jakby zobaczył coś czego na co dzień nie można zobaczyć... lub co nie istnieje.
-Jesteś szalonym dzieciakiem.
-Weź, przeczytaj.
Ben otworzył kopertę po czym rozłożył list... czytał go i czytał chyba ze dwa czy trzy razy po czym powiedział:
-Chłopcze... ktoś Ci zrobił niezły kawał. Naprawdę, przykro mi mówić ale... Ty naprawdę sądzisz...
-Byłem dwadzieścia lat w śpiączce. Nie wiem o świecie nic. Mam w głowie kilka marnych wskazówek. Niby dlaczego to nie miałby być prawda?
-Uważasz, że to jest list od Boga? Jesteś pewny? Uważasz, że ten kawałek papieru ma... nie wiem... magiczna moc?
-Tak.- jeszcze nigdy nie byłem niczego tak pewny.
-Chłopcze, ktoś Cię bardzo musiał skrzywdzić. Cudów nie ma! Nie zadecydujesz o losach tego świata!
-Masz jakiś dowód na to, że to co mówię jest nieprawdą?- teraz i we mnie powoli wzbierał gniew.
-Tak!- Ben bezceremonialnie pogniótł list i kopertę a potem wrzucił do ognia.
Z przerażeniem obserwowałem jak płomienie trawią najważniejszą rzecz w moim życiu. Miałem ochotę rzucić się na Bena, zauważył to.
-I co? Rzucisz się na mnie?! Jeśli ich obudzę nie zostanie z Ciebie mokra plama więc lepiej się uspokój. A powiedz mi czy stał się cud? Powiedz czy ten świstek napisany z pewnością przez jakiegoś wariata w magiczny sposób uchronił się przed ogniem? Nie!
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, byłem skonsternowany. Całe szczęście, że nie pokazałem mu zeszytu... I tak by nie uwierzył, że słowa w nim pojawiają się same. Mimo wszystko czułem, że w mojej wizji pojawiła się luka. Mierzyliśmy się z Benem spojrzeniami w końcu jednak ustąpiłem. Miał mnie za wariata więc i tak nie miałem z nim żadnej szansy wygrać.
-Wygrałeś. Powiedz mi... czy uważasz, że to osłabiło moją wiarę?
-A wiesz gdzie są Twoi rodzice?
Trafił w bardzo czuły punkt. Nie miałem pojęcia co się z nimi stało. Bardzo za nimi tęskniłem...
-Próbowałeś rozmawiać z Bogiem? Zapytać się go gdzie są?
-Nie...
-Czy dał Ci choć jedną wskazówkę jak ich odnaleźć? Zresztą wedle tego co tam napisano jest na to zbyt leniwy skoro wysługuje się chłopcem na posyłki. Zrozum w końcu, że to jest realne życie, nie sen. Możesz dostać kosę w plecy w każdej chwili jeśli nie będziesz mieć oczu z tyłu głowy. A Ty tu sobie cyrki urządzasz. Boga. Nie. Ma. A zresztą nawet jeśli jest to jaki jest ten jego świat? Jak bardzo jesteśmy do niego podobni skoro na co dzień się krzywdzimy, mordujemy, zdradzamy lub dajemy sobą manipulować? - w Benie zebrała się cała nienawiść do świata, do tego jak potraktował go los, wyrzucał z siebie poszczególne słowa z pogardą i coraz szybciej- Wiesz ile lat miał mój synek kiedy odłamki szkła wbijały mu się w twarz a serce przebijał metal? Pięć, zaledwie pięć pierdolonych lat?! Taaaak, byliśmy przykładnymi obywatelami, co niedzielę chodziliśmy do kościoła, miałem świetną pracę, dobrze zarabiałem. Lecz pewnego dnia wszystko zostało mi odebrane. Moja ukochana wracała od lekarza z synkiem, w była w piątym miesiącu ciąży. Doszło do wypadku, w ich samochód wjechał rozpędzony tir. Ledwo udało się potem ustalić, że to była moja rodzina, tak byli zmasakrowani. Czy nadal uważasz, że gdyby Bóg istniał pozwalał by na ten cały syf? Pozwalał by na wypadki, na akty przemocy, wojny i terroryzm? Na wojny wytaczane w jego imię?
-Ale..- próbowałem znaleźć sobie jakąkolwiek linię obrony.
-Ale co? Jeśli nawet On istnieje i słyszy jakie obelgi rzucam pod jego adresem to co mi zrobi? Strąci mnie do piekła? Tu jest piekło. Każdego dnia. Wmawiasz sobie, że miłość może wszystko zmienić sprawić, że może pokolorować Twój świat, a potem wszystko zostaje Ci odebrane! Jeśli Bóg istnieje to nie chcę być „jego dzieckiem”. Jeśli chce mnie ukarać to niech to zrobi.
Byłem przytłoczony taką dawką słów, mocnych, lecz pełnych sensu. W ostateczności, w przebłysku jakiegoś geniuszu, podpowiedzi z nieznanej mi strefy mojego mózgu odparłem:
-A co jeśli Twoja rodzina jest w niebie? Jeśli chcą byś dalej był dobrym człowiekiem a kiedy przyjdzie na Ciebie czas do nich dołączył?
Ben spojrzał na mnie zdezorientowany. Wyraźnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Nie dał po sobie jednak pokazać, że w jakikolwiek sposób zbiłem go z tropu.
-Uważasz, że to takie proste? Mam w swoim, życiu jedno jedyne marzenie. Zobaczyć moją rodzinę. Ale to nie jest możliwe. Jeśli wydłubałbym sobie oczy przestałbym widzieć, jeśli umrę też przestanę widzieć. Skąd wiesz jak widzi dusza? Skąd wiesz jak wyglądamy po śmierci? A poza tym czy uważasz, że to wszystko jest takie jak napisano w Biblii? Nie mój drogi, świat wygląda inaczej. Grzech nie jest wynikiem gryzienia jakichś tam jabłek a żadna arka nie byłaby w stanie pomieścić wszystkich zwierząt tego świata. To równie pewne co to, że autorem tego Twojego listu nie był Bóg!
-Więc skąd się wziął świat? Skąd my się wzięliśmy?!
-Chłopcze czy Ty w ogóle masz jakieś pojęcie o świecie?
-Niewielkie- odparłem szczerze acz wyzywająco.
-Jest kilka teorii, które mówi o powstaniu świata i ludzi. Jeśli chcesz wiedzieć o nim rzeczy podstawowe musisz czytać naukowe książki. Biblia Ci niczego logicznie nie wytłumaczy.
Prawda była taka, że Biblia była jedyną książką jaką do tej pory przeczytałem. Nie miałem z czym zestawiać tej wiedzy, tych wyobrażeń. Choć zawarte w niej treści nie bardzo mi pasowały do świata, w którym się znajdowałem. Ben jednak nie zakończył swojego wywodu i to co powiedział po chwili sprawiło mi w głowie jeszcze większy zamęt
-A tak właściwie to od jakiego Boga otrzymałeś ten list? Czy podpisał Ci się na nim Jezus? Czy równie dobrze nie mógł być to list od Allacha? Albo Buddy? Chociaż nie... tu już trochę przesadzam, styl był dość biblijny...
-Allach? Budda? O kim Ty mówisz?
-Ach czyli nie wiesz...- na twarzy Bena pojawił się złośliwy uśmiech.-Jesteś tak ograniczony, że nie wiesz, że na tym świecie jest wielu wyznawców innych religii, wierzących i w innych Bogów? Myślisz, że oni nie posiadają swoich ksiąg? To przez to, że mamy tyle różnych wiar na świecie trwa nieustanna wojna. Ludzie nie wierzący w swojego Boga atakują tych którzy wierzą w innego i tak na zmianę. A ofiary, bezsensowne i często niewinne są po obu stronach.
Teraz byłem w totalnym dołku. Po pierwsze to co działo się wokół mnie mogło być zwykłą iluzją, po drugie wszystko co najgorsze było spowodowane wiarą. A przy tym... przecież miałem zadecydować o życiu wszystkich ludzi na tej planecie, od tych dopiero co narodzonych do tych którzy nawet nie byli wstanie by otworzyć śmierci drzwi jeśli ta do nich zapuka.
-Milczysz... zakładam, że nie wiesz co powiedzieć.- Ben nie mówił tego triumfalnie, wręcz przeciwnie, dla niego była to prawda, którą też chciałby zmienić.
-Życie musi mieć sens. Jeśli by go nie miało równie dobrze mógłbym spać dalej- odparłem.
-Ja swój utraciłem- złość w jego głosie zastąpiła gorycz.
-A ja swojego nie znalazłem- napięcie między nami opadało, choć wciąż czułem w sobie złość za to, że spalił list.- Ale zamierzam go szukać.
-Wiedz jedno. Sensem naszego istnienia jest drugi człowiek. Bez kogoś co nas rozumie, troszczy się o nas, stara się przy nas być w każdej możliwej chwili a przede wszystkim nas kocha- jesteśmy niczym. Nie ważne jak daleko chcesz zajść, jakie masz cele, jak długa ma być Twoja wędrówka- nie dasz rady przejść jej sam. Dlatego ja jestem przy nich- wskazał gestem śpiących obok siebie ludzi.
Ucz się od mędrców i unikaj głupców przeszło mi przez głowę. Nie wiedziałem którym z nich był Ben. Przeciwstawiał się istnieniu Boga, wierzył w drugiego człowieka. Mógł być dla mnie źródłem nie kończącej się wiedzy, która przydałaby mi się w wypełnieniu mojej misji... w którą nie wierzył.
Dla mnie mimo, swojej postawy był jednak mędrcem.
-Może więc... ruszysz ze mną?
-Dokąd?
-Nie wiem.
-Nie mogę ich tu tak zostawić, a Ty nie mógłbyś się z nami poruszać tam gdzie byś chciał. Wiem, że nie możesz z nami zostać i pewnie z samego rana zechcesz ruszyć dalej.
-Tak, choć jeszcze nie wiem gdzie.
-Jeśli zostaniesz w tych okolicach wszystkie miejsca i dni będą wydawać Ci się identyczne. Kiedyś pieniądze na noclegi i jedzenie ci się skończą. Co wtedy zrobisz? Nigdy się nie uczyłeś, nigdy nie pracowałeś. Będziesz czekać na cud?
-Nie wiem... nawet nie wiem co to jest cud.
-Wiesz... czytałeś Biblię, cud to jak obudzić zmarłego.
-Czyli ja jestem cudem. Spałem dwadzieścia lat, a teraz... teraz tu jestem.
-I jak wygląda Twoje życie? Cudowne na pewno nie jest. Będziesz kiedyś jeszcze cierpieć z powodu tego cudu. Wszyscy cierpimy dlatego, bo żyjemy. Tylko śmierć jest ukojeniem. Czekam na nią każdego dnia. Człowiek może odebrać sobie życie sam, zadać sobie tak wielki ból, że umrze. Ja tego nie zrobię choćby przez nich. Mówiłem, Ci już. Nie jeden skoczył z tego mostu w wieczną otchłań.
-Powinieneś chcieć żyć dla nich. Mają tylko Ciebie.
-Wiem, ale może gdzieś podświadomie... gdzieś w głębi serca wierzę, że jeszcze zobaczę moją rodzinę.
Skoro moja podróż stała się bezcelowa, misja od Boga mogła być tylko czyimś głupim wymysłem powinienem zacząć szukać moich rodziców. Może, przez to, że byłem tak naiwny oni mnie teraz szukają. Ile dni zajęłoby mi odszukanie szpitala, jak daleko od niego byłem od momentu gdy wsiadłem w taksówkę? Kołatały mi się w głowie różne scenariusze, także te czarne, w których płakali gdzieś po kątach i nie mogli sobie beze mnie dać rady.
-Ty chciałbyś zobaczyć swoją rodzinę... ty masz na to szansę. Ja już nie.
-Nie wiem jak zacząć. Jak ich znaleźć.
-Życie to wieczna pierdolona determinacja, rozumiesz? Mnie już ona nie dotyczy, jestem duchem tyle, że tu na ziemi. Ale Ty, jesteś młody, możesz osiągnąć co chcesz. Mimo że ktoś okrutnie z Ciebie zadrwił, Ty w to uwierzyłaś, i poczułeś siłę by zrobić coś niemożliwego. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że w ciągu powiedzmy miesiąca ich znajdziesz niż to, że będziesz decydować za jakiegoś Boga czy wysadzić to wszystko w pizdu.
-Tylko jak tego dokonam będąc sam?
-Na pewno spotkasz kogoś na swojej drodze, przecież się nie poddasz. Ogarniesz się, kupisz jakieś ciuchy, może przyjmą Cię jednak do pracy, gdziekolwiek. Musisz chcieć przetrwać.
-Mówisz sprzeczne rzeczy. Raz że tylko śmierć jest ukojeniem, potem że muszę przetrwać.
-Bo dla Ciebie jeszcze jest nadzieja. Moja dusza, jeśli ją kiedykolwiek posiadałem, umarła z moimi bliskim. Dla Ciebie wszystko jest świeże, nie każdy kończy jak ja. Być może tylko mój świat to syf. Twój wcale nie musi taki być.
-A nie powinien być piękny dla każdego?
-Sądzę... że on nie tyle powinien być piękny, co bywa piękny. Przez pewien czas. Ale życie jet krótkie i nim przejdzie się przez ból i cierpienie trzeba zaznać i szczęścia. Pamiętasz kiedy byłeś szczęśliwy?
-Przy rodzicach...
-No właśnie. Gdyby to wszystko było planem Boga odebrałby Ci szczęście. A przecież ponoć jest dobry i chce by ludzie byli szczęśliwi. Więc przestań wierzyć we wróżki i zacznij od jutra szukać rodziców.
Ben miał rację. List był spalony, w zeszycie nie było wskazówek. To wszystko było iluzją. Nigdy nie powinienem opuszczać szpitala bez nich.
-M... masz rację. Jutro z samego rana zacznę szukać szpitala.
Pierwszy raz odkąd zaczęliśmy nasz spór obdarzył mnie ciepłym uśmiechem.
-A jak ich pamiętasz?
-Rodziców?
-Tak.
-Cieszyli kiedy widzieli moje postępy. Ojciec mówił, że to dzięki Bogu tak szybko wyzdrowiałem.
-Ech kiedy jedna osoba ujdzie z życiem z wypadku a ginie dwadzieścia kilka to mówi się, że to był cud, i że anioł nad nim czuwał. To wszystko bzdura. Jesteś po prostu wyjątkiem od reguły.
-To znaczy?
-To znaczy, że jesteś wyjątkowy. Że masz lepsze geny, lepsze zmysły od innych...
-Geny?
-Rodzice płodząc Cię przekazali Ci swoje indywidualne cząstki, posiadasz ich kombinację. Kiedy ich widywałeś i kiedy widziałeś w lustrze siebie nie miałeś wrażenia, że jesteś do nich podobny?
-Nie wiem. Dawno się w nim nie widziałem.
-Masz, weź to.- pogrzebał w kieszeni i wyciągnął małe popękane lustereczko.
Spojrzałem w nie- w każdym kawałku odbijała się moja zarośnięta twarz i ciemnoniebieskie oczy. Włosy zajmowały każdy wolny skrawek mojej twarzy, który mogły.
-Przydało by się porządne odświeżenie co nie?
-Mhm.- podałem mu lusterko.
-Zatrzymaj je sobie. Prezent. Byś pamiętał o mnie podczas podróży.
-I tak nie zapomnę. Każde Twoje słowo kołacze mi się po głowie...
-Słuchaj młody... to co Ci powiedziałem to jeszcze nic. Im dłuższa będzie Twoja wędrówka tym więcej będziesz wiedzieć, widzieć i Twoje poglądy zdążą się sto razy zmienić.
-Tylko, że jeśli szybko znajdę rodziców, moja podróż dobiegnie końca.
-Wcale nie. Całe życie jest jedną wielką podróżą. Po prostu nie przejdziesz przez nią sam. A teraz choć na kilka godzin udajmy się na spoczynek dobrze?
-Dobrze.
-Pogadamy jeszcze jutro rano. Może zechcesz jeszcze kilka dni nam potowarzyszyć?
-Nie wiem, być moooooooooże.- ziewnąłem potężnie.
-No mój drogi przykryj się ciepło, pora spać.
-Mhm.
Ben usadowił się w jakimś kącie, ja przycupnąłem blisko niego i momentalnie odpłynąłem. 

wtorek, 10 stycznia 2012

Rozdział 18: Schronienie


Rozdział 18

SCHRONIENIE

Obudził mnie zimny poranek, słońce kryło się za chmurami. Groby milczały tak samo jak w nocy. Musiałem jak najszybciej opuścić to miejsce. Rozejrzałem się i w mojej głowie pojawił się chaos i poczucie że o czymś zapomniałem. Pogrzebałem w plecaku by sprawdzić gdzie tym razem mam się udać. W zeszycie podróż wciąż kończyła się na cmentarzu. Znowu utknąłem w martwym punkcie. Przeszukałem kieszenie w celu znalezienia czegoś, do jedzenia choćby jakichś resztek chleba. Zamiast tego znalazłem... kamień. Dziwny lekko błyszczący i na pewno nie należący do mnie. Pamiętałbym gdybym znalazł coś takiego. Był to jedyny dowód, że tej nocy działo się coś niezwykłego. A najgorsze było to, że zupełnie uciekło mi to z pamięci. Zamknąłem oczy i skupiłem całą swoją energię na wczorajszej nocy. Mignęła mi wizja unoszenia się w powietrzu... wielka kula będąca moją planetą... gwiazdy... masa nowych słów i ich znaczenia. Zahuczało mi w głowie, zawirowało i zrobiło mi się słabo... Wczoraj jakimś cudem otrzymałem masę informacji potrzebnych mi do dalszej wędrówki. Byłem zbyt wyczerpany na wszystko, nawet wyciąganie wspomnień sprawiało mi opory. W końcu wziąłem się w garść i ostatecznie ruszyłem w stronę bramy by jak najszybciej opuścić to przygnębiające miejsce. Przeszedłem przez bramę, po raz ostatni omiotłem spojrzeniem miejsce „w którym wszystko się kończy” i ruszyłem przede siebie. Moim celem był powrót do miasta, chciałem tam znaleźć jakąś wskazówkę co mam czynić dalej. Głód i pragnienie doskwierały mi coraz bardziej, czułem się też brudny i nie pachniałem za ładnie. Na oko miałem dużo pieniędzy, wciąż jednak nie orientowałem się w nich na tyle by wiedzieć ile dni na nich przeżyje. Widziałem wieżowce Nowego Yorku, lecz wydawały mi się bardzo odległe, miałem wrażenie, że prędzej padnę trupem niż do nich dotrę. Zaschło mi w ustach, czułem na nich jedynie odległe echo pocałunku Marthy.
Chmury kłębiły się coraz gęściej, robiły się coraz ciemniejsze i jakby groźne. Nagle zobaczyłem cienki powykrzywiany promień, który w ułamku sekundy wystrzelił z chmury, zabłysnął i zniknął. Sparaliżowało mnie i stanąłem w miejscu. Chwilę później doszedł mnie donośny i podniosły dźwięk jakby ktoś rozdzierał niebo... Przerażony czekałem co będzie dalej. Sytuacja powtórzyła się kilka razy- błysk... kila sekund ciszy huk! Wiatr zaczął mnie atakować i spowalniać, musiałem przymknąć oczy. Liście wokół wirowały, drzewa zaczęły się uginać a z chmur... z chmur zaczęła wyciekać woda! Najpierw powoli krople kapały na wszystko łącznie ze mną, za moment było ich coraz więcej i z zaciekłością zaczęły pikować co się da. W kilka minut zrobiłem się całkiem mokry... Wpadłem na pomysł by wyłapywać językiem i pić, pić i pić, jak najwięcej się da. Całe miasto zalewały przezroczyste łzy niebios. Zaczęła powracać do mnie utracona energia, którą wyssał ze mnie cmentarz. Teraz wystarczyłoby już tylko coś zjeść i byłbym jak nowo narodzony, bym mógł ponownie spróbować sobie przypomnieć noc którą gdzieś zgubiłem. Przyspieszyłem kroku... zacząłem biec... rozłożyłem ręce w geście wolności. Z jakiegoś powodu byłem bardzo szczęśliwy! Czułem nadzieję na rozwikłanie setek niewiadomych w mojej głowie. W końcu wieżowce zaczęły rosnąć mi w oczach i wkraczałem z przedmieść do zatłoczonego, zajeżdżonego i hałaśliwego centrum. Gdy odnalazłem pierwszy lepszy sklep spożywczy na widok produktów pociekła mi ślinka i zacząłem ładować do koszyka wszystko co się dało.
Kobieta przy kasie łypała na mnie podejrzliwie, z jej perspektywy wyglądałem jak młody bezdomny wyrzutek bez drobnych przy duszy. Przy ladzie wylądowało pięć bochenków chleba, z dziesięć bułek, wielki kawał sera z dziurami, kiełbasy, mleko, pasztety, przeróżne owoce i warzywa , trzy dwulitrowe butelki z wodą, masa słodyczy... Nie byłem pewien czy będzie mnie na to stać ale czekałem tylko na skasowanie.
Kasjerka jednak niechętnie nabijała produkty. W połowie się zatrzymała i zapytała:
-Jesteś pewien, że cię na to stać chłopaku?
-Eeeee... mam nadzieję. Tyle starczy?- pokazałem jej wszystkie swoje pieniądze a ona zaskoczona była z siebie wydusić tylko:
-T..tak, wystarczy.
Jako, że byłem niesamowicie głodny mogła mnie uznać za kogoś niebezpiecznego, w moich oczach odbijało się wręcz szaleństwo na punkcie zapachu chleba i kiełbas. Kobieta jednak nie dała za wygraną tak łatwo...
-Chyba nie jesteś z tych okolic co? Skąd masz tyle pieniędzy?
-Po rodzicach- odparłem nie wiedząc, że zmieni to jej stosunek do mnie. Twarz jej złagodniała, uśmiechnęła się nawet i powiedziała:
-Och... rozumiem.- zrobiła pauzę jakby nie była pewna czy chce powiedzieć to co przyszło jej do głowy- Ale tak czy siak mógłbyś o siebie zadbać. Jeszcze cię policja zgarnie myśląc, że złodziej jesteś.
-Ja... już słyszałem, że powinienem iść do... eeee... uciekło mi to słowo.
-Do fryzjera?
-Tak dokładnie.- uśmiechnąłem się pod moim bardzo długim już wąsem.
-Kilka uliczek stąd jest salon fryzur. Polecam.
-Dziękuję- schowałem resztę pieniędzy, zapakowałem się po torbach i plecaku- Do widzenia.
-Do widzenia chłopcze.
Wyszedłem w ociekającą wodą ulicę. Obładowany czym się dałem ruszyłem chwiejnym krokiem w tłum ludzi, którzy teraz ukrywali się pod parasolami, złożonymi gazetami lub zasłaniali głowy rękoma przeklinając pod nosem. Oni wcale nie podzielali mojej radości... deszczem... i burzą. Słowa te same pojawiły się w mojej głowie. Mimo że deszcz uznałem za dobry znak musiałem się, przed nim ukryć- sprawiał, że było mi zimno, zaczynałem marznąć a nie miałem przy sobie żadnych ciepłych ubrań ani niczego na przebranie. Przy czym mój plecak i wszystko co było w środku było mokre, czułem że woda może uszkodzić mój cenny zeszyt i zniszczyć list. Leciałem więc na łeb na szyję, gubiąc po drodze jabłka i pomidory byleby tylko się gdzieś ukryć. Ludzie sarkali na mnie jako, że przepychałem się „na chama” między nimi.
-Jak leziesz oblechu?
-Nie pchaj się tak gnojku
-Gdzie z tymi tobołami?!
W jednej chwili otrzymałem od obcych mi ludzi masę negatywnej energii, złowrogich spojrzeń, a nawet bluzgów, których nie zamierzam przytaczać. Przerażony, tą nienawiścią (słowo to było dla mnie jednym z najgorszych jakiego się do tej pory nauczyłem) zatrzymałem się w miejscu szukając wzrokiem jakiegoś miejsca, które byłoby zupełnie puste. Ulica powoli pustoszała. Ludzka masa, tak samo jak ja próbowała się ukryć- wsiadali do samochodów, wchodzili pod dachy, lub do sklepów czy własnych mieszkań. A ja nie mogłem tkwić w tej negatywnej energii. Czułem, że przeszłaby ona i na mnie. Jeszcze nigdy nie było we mnie niczego złego i nie chciałem by cokolwiek łączyło mnie z emocjami, które mogły by mnie osłabić. Byłem przemoknięty do suchej nitki. W nosie mi się kręciło, w płucach zaczęło rzęzić. Zacząłem z siebie wydobywać bolesny charkot. Kaszlałem i drżałem. Skręciłem w jakąś długą uliczkę, ciemną i obdrapaną, w której co kilka metrów stały pojemniki z których buchał ogień i przy którym grzali się ludzie przypominający mnie, tylko, że dużo starsi.
Na mój widok się ożywili. Dwóch, podeszło do mnie patrząc z głodem w oczach. Zatrzymałem się i postawiłem torby w kałużach, cofnąłem się o krok.
-Wygląda, że przybłąkał się tu jakiś z innej dzielnicy...- wycharczał pierwszy.
-I chyba opierdolił jakiś sklep.- dodał drugi.
-Ja to wszystko kupiłem- wymamrotałem.
-Kupiłeś mówisz? A skąd taki biedak jak ty miałby taki szmal.
-Po rodzicach...
-Patrz Jerry, sierotka nam się trafiła.
Jerry uśmiechnął się, nie miał kilku przednich zębów, poza tym, bardzo źle patrzyło mu z oczu.
-Henry, czy ty też uważasz, że młody się z nami podzieli żarciem?
-No jasne.
-Proszę, częstujcie się- rozłożyłem ręce w geście totalnego poddania się.
-Młody się nas boi- zachichotał Henry, twarz miał dziką, brodę skołtunioną, nosił czapkę z logo jakieś firmy, umazaną jakimś smarem.
-Skoro nie ma Bena... możemy się wziąć za dzieciaka by wiedział gdzie się następnym razem nie zapuszczać. To nasza dzielnica.
-Przepraszam...
-Radzę ci gówniarzu znaleźć własny kąt- mężczyźni podnieśli całe moje zakupy i rzucili się na jedzenie dołączyło do nich jeszcze trzech bezdomnych i zaczęli pochłaniać wszystko co kupiłem. Byłem koszmarnie głodny ale nie mogłem się zbliżyć bojąc się, że zrobią mi coś bolesnego. Co to za świat, w którym człowiek nie może tknąć własnego jedzenia?!
-Panowie co tu się wyprawia?- głos wyłonił się jakby z daleka. Zamieszanie wokół moich toreb momentalnie ucichło.
-Darmowa wyżerka Ben.- Henry gryzł jednocześnie wielki kawał szynki w jednej ręce i chleb w drugiej.
-Parszywe skurwysyny. Oduczycie się okradać innych w końcu?- postać wyłoniła się z cienia, była bardziej zadbana od swoich towarzyszy ale i tak było widać, że człowiek ten na co dzień nie ma się gdzie podziać.
-Sam się podzielił.
-To prawda chłopcze?
-T... tak, tak. Pozwoliłem im wziąć co sobie zechcą.
-Naprawdę? To bardzo miło z twojej strony. Widzę, po Tobie, że sam jesteś głodny ale nie chcesz się przyłączyć, dobrze mi się wydaje?
-Och... co ja...- nie dokończyłem po prostu rzuciłem się na porozrzucane po mokrym chodniku jedzenie.
-Ben a ty się nie przyłączysz?- zagaił Jerry.
-Wiesz, że jeśli mi niczego nie zostawisz to Ci delikatnie ujmując przypierdolę.
Jerry zamilkł. Wyglądało, że Ben miał nad tą gromadką coś w rodzaju... mhm musiałem się zastanowić nad słowem... coś w rodzaju władzy. Słuchali się go bo dzięki niemu mogli przeżyć i bali się kary jeśli byliby mu nieposłuszni.
-A ty mój gościu skąd się tu wziąłeś?- mężczyzna zwrócił się teraz miłym ciepłym głosem wprost do mnie.
-Jestem... w podróży. Szukam jakiegoś schronienia.
-Pozwolisz, że Ci go udzielę?
-Och... byłbym bardzo... wdzięczny. Mogę nawet zapłacić.
Bezdomni zaczęli szemrać między sobą. Ben uciszył ich jednym ruchem ręki.
-Panowie i panie, dziś mamy w swoim kręgu gościa. Przyjmiemy go pod nasze skromne progi. Bez dyskusji.
Mężczyźni i kobiety (doliczyłem się w sumie 13 osób) pomruczeli coś pod nosem ale żadne z nich nie powiedziało nic głośno.
-Tak więc wędrowcze masz jakieś imię?
-Dominic.
-Jestem Ben. Zapewne chciałbyś choć trochę wysuszyć siebie i swoje rzeczy.
-Tak, proszę pana.
-Mów mi Ben. Chciałem Ci podziękować raz jeszcze za to, że podzieliłeś się z nami swoim jedzeniem. A teraz choć ze mną pokażę Ci gdzie nocujemy. A na nich nie zwracaj uwagi.
Kiwnąłem niepewnie głową i ruszyłem za Benem a za nim ruszyła grupka maruderów. Henry i Jerry nie patrzyli na mnie zbyt przychylnie, szeptali coś do siebie a kiedy w pewnym momencie się odwróciłem zobaczyłem jak Jerry pokazuje na mnie palcem. Potem obydwoje się zaśmiali. Ogarnęły mnie dreszcze i niepokój więc zagadałem do Bena:
-Kim dla nich jesteś?
-Jedyną możliwością przetrwania. Utrzymuję ich przy życiu. Kiedyś miałem porządną pracę i rodzinę ale teraz nie mam nic.
-A czy możesz mi powiedzieć co się stało...
-Nie lubię o tym mówić ale ty nie wyglądasz na kogoś co miałby zrobić cokolwiek z tą wiedzą. Moja kochana żona i synek zginęli w wypadku kilka lat temu. Zostałem sam. Zacząłem pić. Straciłem pracę i pieniądze. W końcu mnie eksmitowali.
-To znaczy?
-Pozbawili dachu nad głową, uczynili bezdomnym. Poznałem tych tutaj a jako, że jestem najsprytniejszy i najmądrzejszy z nich stałem się dla nich jakby liderem. Gdybym nie miał tych ludzi blisko siebie właściwie nie miałbym dla kogo żyć i po co. Mógłbym po prostu skoczyć, dajmy na to z tego mostu- wskazał palcem potężną konstrukcję.- To będzie nasz nocleg. Zawsze pod nim śpimy.
Szliśmy jeszcze około dziesięciu minut, deszcz już dawno przestał padać. Rozbiliśmy się pod mostem. Opowiedziałem mu w międzyczasie o szpitalu i rodzicach, rehabilitacji i uczeniu się wszystkiego od podstaw.
-Nie mam niczego na przebranie ale mam dla Ciebie koc. To jedyne co mogę dla Ciebie teraz zrobić, by było Ci choć trochę ciepło.
Uśmiechnąłem się dość blado. Było mi bardzo zimno i nie zapowiadało się by w nocy było mi lepiej szczególnie na powietrzu. Lekko przerażony postanowiłem sprawdzić stan rzeczy znajdujących się w plecaku. Ku mojemu zaskoczeniu ani zeszyt ani list były nietknięte.
-Dobra obiboki, pora się bujnąć po puchę i ognisko zrobimy. Wysuszysz się przyjacielu- dodał Ben do mnie. Jednak główka wciąż pracuje. Choć gdyby gliny zobaczyły, że tu kopcimy to dali by nam do wiwatu. Ale co tam. Dla Ciebie zrobię wyjątek. Ruszać dupska, niech w tym zapomnianym przez Boga miejscu zacznie się coś dziać.
Ostatnie zdanie zapadło mi w pamięć najmocniej. „Zapomniane przez Boga?” A cóż to znaczy?
-Jak to zapomniane przez Boga?
-Sam spójrz. Tu panuje jedna wielka bieda. Bóg o nas zapomniał. Zresztą ja dawno przestałem w niego wierzyć.
-Ale jak to?
-Zwyczajnie. Skoro nic nie robi i nas olewa... Może po prostu go nie ma.
Bardzo chciałem uświadomić Bena, że się myli, w końcu miałem list od Boga napisany jego własnymi rękoma. Z jakiegoś powodu postanowiłem mu zaufać i wyznać jakiego rodzaju podróż odbywam. Chciałem tylko poczekać aż cała reszta się położy czyli jeszcze z dwie godziny. Wcześniej postanowiłem uprzedzić Bena o tym, że będę chciał z nim w nocy porozmawiać.
-Oczywiście. Odpowiem Ci na pytania na które będę znać odpowiedzi.- odparł a potem dodał- Choć ogrzać się z nami przy ogniu bo jutro rano będziesz chory.
Przyłączyłem się do nich. Narzekali, marudzili, opowiadali sobie dowcipy. Tylko Henry i Jerry budzili we mnie niepokój. Jednak Ben dodawał mi otuchy i przy nim czułem bardzo bezpiecznie. Na tym etapie podróży znalazłem najlepsze schronienie ze wszystkich. 

niedziela, 8 stycznia 2012

Rozdział 17: Anioł


Rozdział 17

ANIOŁ

-Obudź się... Dominic... Obudź się.
Fala ciepła przeszyła moje ramię. Energia przechodziła przez ubranie wprost do moich żył podnosząc temperaturę krwi.
-Obuuuuudź się.- eteryczny głos przebijał się w sam środek mojego mózgu.
Moje powieki, powoli się rozszerzały. Postać stojąca nade mną rozświetlała mroki cmentarza. Biła od niej niesamowita jasna aura oślepiająca mnie.
-Czy ja umarłem?
-Nie, to był tylko zły sen- odpowiedziała melodyjnie postać.
-Sen?
-Twój umysł miał nocną wizję. Kumulację myśli.
-Ale... Gonili mnie, dopadli, martwi ludzie... zjedli, rozszarpali.
-Nic takiego nie miało miejsca mój drogi. Rozejrzyj się. Oni wciąż wiecznie śpią.
Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do jej blasku zacząłem się rozglądać wokół siebie. Rzeczywiście, ani jedna płyta nie była pęknięta, było cicho jak makiem zasiał i tylko ona nie pasowała do tego obrazka.
-A ty, jesteś prawdziwa?
Uśmiechnęła się przecudnie. Jej jasne niebieskie oczy przez ułamek sekundy zrobiły się jeszcze jaśniejsze, długie blond włosy zafalowały.
-Tak, jestem.
-A kim jesteś i co tu robisz?
-Jestem Kathrin. Jestem tu ponieważ Ty tu jesteś.
-Nie rozumiem.
-Nie musisz.
-Jesteś do Niego?- moja ręka powędrowała odruchowo do listu, nagle zdałem sobie sprawę, że jestem z obcą osobą w bardzo złym miejscu i mimo że była niesamowicie piękna budziła mój niepokój.
-Tak.
-Jesteś... aniołem?
-Zgadza się.
-Ale ja teraz nie śnię?
-Nie- uśmiechnęła się ponownie.
-A masz skrzydła?
-Mam.
-Pokarzesz mi?
-Pokażę Ci o wiele więcej. Złap mnie za rękę. Śmiało. Zobaczyłem jak rozpościerają jej się błękitne puszyste skrzydła.
Miała bardzo ciepłą skórę. Kiedy jej dotknąłem poświata oplotła i mnie. Nogi oderwały mi się od ziemi...
- Co się dzieje?
-Nie bój się. Nie bój się Dominic.
-Znasz moje imię?
-Tam wszyscy je znają.
-Tam?
-W niebie.
-Chcesz mnie tam zabrać?
-Nie. Żywi tam nie trafiają.
-To w takim razie...
-Masz lęk wysokości?
-Ni... nie wiem?
-Więc spójrz w dół Dominic.
Wisiałem w powietrzu. Wszystko pode mną było rozmiaru może pudełek po zapałkach, drzewa były małymi zielonymi kulkami. Kathrin machnęła ręką i mroczne przytłaczające niebo chmury rozstąpiły się i ukazały się gwiazdy i księżyc, piękne i majestatyczne. A przed moim wzrokiem roztaczało się miasto. Miasto, które nie spało. Czuć było, że te mróweczki które były samochodami miały swoich kierowców, żywych, pędzących na imprezy, randki, do żon lub kochanek, tak dalekich od miejsca wiecznego snu, nad którym ja lewitowałem. Setki świateł w wieżowcach, neony odległych reklam...
-To wszystko aż tętni życiem prawda?- zaśpiewała mi wprost do ucha Kathrin.
-Wygląda przepięknie.
-Prawda? A wiesz, że to jest tylko malutka część tego świata? Jak jedno piórko w moim skrzydle.
-Świat jest ogromny?
-Pokażę Ci.
Zaczęliśmy się wznosić jeszcze wyżej , wszystko malało w zastraszającym tempie. Księżyc rósł coraz bardziej, przebijaliśmy się przez atmosferę, jakiekolwiek kształty, które mogły być pracą ludzkich rąk zniknęły z pola widzenia.
-To jest świat. Mówi się na to kula ziemska, to Twoja planeta Dominicu.
Spoglądałem na Świat. Byłem w nim tylko małym nic nie znaczącym punkcikiem. A miałem zadecydować o jego losie.
- I na tym świecie żyje tak wielka ilość ludzi, że nie jesteś w stanie sobie tego póki co wyobrazić.-rzekła Kathrin
- I ja mam zadecydować o ich losie? Jakim prawem?
-Boskim. Pan nakazał Ci to zrobić więc to zrobisz.
-Ale ja nie chcę ich unicestwić. Wiem to tu i teraz.
-Nie, nie wiesz. Tak Ci się tylko wydaje.
-Chcesz mi powiedzieć, że zmienię zdanie?
-Nie miałam tego na myśli. Mam na myśli to, że jeszcze nie jesteś gotowy do podjęcia decyzji. Możesz ją podjąć jedynie na Ziemi. To po pierwsze. Po drugie nie będziesz wszystkiego pamiętać kiedy wrócisz na nią. Nie mogę na to pozwolić. Nie będziesz pamiętać mnie.
-Jak to? Więc po co mi to pokazujesz?
-Dominic, mój drogi. To, że nie będziesz pamiętać mnie, nie znaczy że nie będziesz pamiętać pewnych obrazów. Wiedzy której Ci przekażę. Uważaj, lądujemy.
-Lądujemy? Na księżycu?
-Tak, kiedyś zanim jeszcze zaczął się Twój rozdział w tym świecie, ludzie już tu byli.
-Byli? Tu? Tak daleko od Ziemi? Ale... po co?
-Widzisz tą flagę? Flagę Stanów? Ludzie od zarania dziejów chcieli podbijać świat. Kiedy podbijanie siebie nawzajem im się znudziło, zaczęli szukać dalej aż trafili tutaj. Weź sobie pamiątkę.
-Pamiątkę?
-Kamień z księżyca.
-Och...
-Śmiało. Nie będziesz widzieć skąd go masz ale i tak się go nie pozbędziesz.
-Czy Bóg mną manipuluje? Moim umysłem? Moimi poczynaniami? Bo tak to wygląda.
-Mój drogi On Ci tylko pomaga.
-Ale... a zeszyt? A miejsca do których muszę po kolei iść?
-To tylko podpowiedzi. Tylko Ty decydujesz, że do nich idziesz.
-A Bóg nie grzebie mi w głowie i nie karze tam czasem iść?
-A uważasz że jest dobry czy zły?
-Chyba dobry...
-Chyba? Nie wiesz co sądzisz o Stworzycielu tego świata a jesteś pewien, że wiesz jakie jest jego dzieło?
-Ja...
-Jesteś zagubionym małym chłopcem w wielkim świecie. Dla większości tego świata jesteś nic nie znaczącym... patrząc na Ciebie mogę do śmiało powiedzieć... bezdomnym narkomanem.
-Ja nie mam domu. To prawda.
-Nie to miałam na myśli. Jeszcze zdążysz spotkać na swojej drodze ludzi których teraz przypominasz.
-Jakich?
-Sam zobaczysz mój drogi. Dawno się w lustrze nie widziałeś prawda?
-Owszem.
-Nawet nie wiesz jak dużo zmian i w jak szybkim tempie Cię czeka.
-Co masz na myśli?
-Nie mogę Ci powiedzieć. Wszystko w swoim czasie.
Moje stopy delikatnie dotknęły powierzchni księżyca wzniecając pył. Odbiłem się od niej, Kathrin wciąż mnie trzymała.
-Tu jest słabsza grawitacja.
-To znaczy?
-To tak siła. Chodzisz po ziemi poprzez siłę która Cię przyciąga.
-Myślałem, że to Bóg nauczył mnie chodzić.
-Och po części to prawda bo stworzył wszystkie ku temu potrzebne elementy, w tym grawitację właśnie. Prawdą jest to, że Bóg przyspieszył Twoją rehabilitację byś mógł ruszyć w świat.
-Co się stało z moimi rodzicami.
-Nawet gdybym Ci powiedziała i tak byś tego nie pamiętał.
-Aż tak ważne jest bym nie poznał prawdy?- w końcu udało mi się odpowiednio wyważyć ruchy i dosięgnąć kamyka, który mi się spodobał. Upchnąłem go w wolnej kieszeni.
-Tak. Jak już wspominałam wszystko w swoim czasie. Póki co jesteś na samym początku. Nie masz nawet elementarnej wiedzy o świecie. To, że przeczytałeś Pismo Święte nie znaczy, że tak wygląda świat. I że ludzie według niego postępują.
-Nie wiem o co mogę zapytać... bo nie wiem na co możesz odpowiedzieć.
-Musisz się spieszyć. Moja warta przy Tobie dobiega końca.
-Mówiłaś, że ludzie od zawsze chcieli coś podbijać, że podbijali się między sobą... Po co to wszystko?
-To dobre pytanie choć odpowiedź na nie jest bardzo smutna. Mówi się na to „władza”. Ludzie od zawsze dążyli do tego by utrzymywać nad sobą kontrolę, biją się o to kto wyżej wejdzie i jak wysokie stanowisko będzie sprawował. Prowadziło to potem do bardzo groźnego trwającego wciąż choć w wyciszeniu zjawiska jakim jest wojna. Wojna pochłania setki istnień. Śmierć najczęściej to o nią ostrzy swoją kosę...
-Co masz na myśli?
-A Tobie o co chodzi?
-O tą kosę...
-Widzisz, ze śmiercią jest jak z rolnikiem, który zbiera swoje plony, które sam wcześniej zasadził. Tyle, że w tym przypadku, sieje Bóg a zbiera Śmierć.
-A ta cała wojna?
-Może być na tle władzy ale też pieniędzy. Taaaak, mówię o tych śmiesznych papierkach, które masz przy sobie. Ludzie potrafią je utaplać we krwi byleby tylko były ich.
-A czy wojnę można powstrzymać?
-Można... Ty możesz.
-Ja?! Ale jak?!
-Jeszcze tego nie wiesz.- uśmiechnęła się tak, że zaparło mi dech.
-Ale dlaczego ja? Kto podjął za mnie tą decyzję?! Czy ktoś mnie zapytał o zdanie?- wezbrał we mnie bunt. Widziałem w końcu cały świat i należał on do mnie. Dostałem nad nim władzę o którą przecież nie prosiłem.
Na twarzy Kathrin pojawił się kpiący uśmiech. Miałem wrażenie, że ona nie potrafi być poważna nawet mówiąc o tak złych tematach jak wojna.
-Czy ktoś pytał Cię o zdanie? Jeszcze jakiś czas temu nie umiałeś mówić prawda? A poza tym po przeczytaniu listu po prostu ruszyłeś w drogę. Masz misję prawda? Masz cel w życiu. Wiesz nie wszyscy mają tyle szczęścia. Wiele osób nie wie jaki jest sens ich życia. Ty masz szansę dać im nadzieję na lepsze jutro.
-Albo im ją odebrać.- wtrąciłem.
-Tak, to też nie jest wykluczone. Świat nie jest czarny lub biały. Ma wiele odcieni, wśród nich mnóstwo mrocznych. Ziemia jest okrągła. Po drugiej stronie globu jest teraz dzień. Wiedziałeś o tym?
-Ach więc co tak się zmienia...
-Jeśli nie znajdziesz sobie wielu ciepłych kątów podczas swojej wędrówki poznasz nie takie zimno jak tej nocy. Jeszcze nie odczułeś na swych barkach zimy... Deszczu. Ani upału tak doskwierającego , że marzysz tylko o tym by wejść do lodowatej wody. Teraz będzie coraz zimniej. Nadchodzi jesień. Z nią nadejdą i mroczne dni w Twoim życiu. Ale pamiętaj o jednym Dominic. Nie poddawaj się.
-Nie poddawaj się.- powtórzyłem.
-Dokładnie.- Kathrin po raz kolejny oślepiła mnie blaskiem swoich zębów.- A teraz wracamy na Ziemię.
Wyglądało to jakbyśmy zjeżdżali po niewiarygodnie długich schodach ruchomych. Odwróciłem się, teraz to księżyc malał a Ziemia rosła. Z rozchylonymi ustami obserwowałem komety, umierające i rodzące się gwiazdy i moją planetę coraz większą, powoli wchłaniającą mnie i anielicę. Przebiliśmy się przez chmury, znowu zobaczyłem rozświetlone miasto, widać było, że wkrótce nawiedzi je słońce. W końcu wylądowaliśmy dokładnie w miejscu startu przy ławce na której spałem.
-Czy mogę mieć jeszcze jedno pytanie?
-Niestety nie tym razem. Muszę już iść.
-Ale to znaczy, że jeszcze się zobaczymy.
Tylko się uśmiechnęła. A potem gwałtownie się do mnie przysunęła i mocno pocałowała w same usta. Fala gorąca oplotła mnie od środka, zacząłem drżeć. Usłyszałem tylko w swojej głowie „Wybacz mi” i straciłem przytomność. 

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Rozdział 16: Cmentarz

Rozdział 16


CMENTARZ

O bólu wiedziałem tak naprawdę niewiele. Nie odróżniałem jego rodzai ani nie wiedziałem, że ludzie mogą poprzez ból doprowadzić się do śmierci. Wiedziałem tylko, że muszę się wydostać z dzwonnicy. A mogłem to zrobić jedynie skacząc z ciasnego pozbawionego szkła okna. Postanowiłem najpierw jednak zabrać z szafki Biblię jako, że zamierzałem ją analizować przez całą podróż. Nałożyłem plecak i przecisnąłem się do okna. Ładny był z niego widok na wysokie budynki, które były przetykane promieniami słońca, tak że w ich potężnych oknach odbijały się kolorowe refleksy. Było wysoko: zdawałem sobie sprawę, że nie uniknę bólu.
- Jeden... dwa... trzy...- skoczyłem. Ziemia przybliżyła się do mnie w ułamku sekundy. ŁUP. Zamroczyło mnie i zemdlałem.
Kiedy otwierasz oczy po nocy zwykle potrzebujesz kilku sekund by przyzwyczaić się do światła panującego w pomieszczeniu. Ja musiałem się przyzwyczaić do liter, które widziałem. Tuż przede mną leżał otwarty mój dziwny zeszyt, na stronie było wyraźnie napisane słowo ,,CMENTARZ,, Uuuuuuu... Boli... Miałem na sobie kilka otarć i siniaków, ale nie złamałem niczego. Wszystkie rzeczy były porozwalane wokół mnie: Biblia, pieniądze, plastikowe butelki z wodą i kanapki, które jakimś cudem nie pobrudziły się ziemią i rzecz jasna zeszyt leżący idealnie przede mną. Cmentarz. Nie podobało mi się to słowo, ale chyba nie mogło być to gorsze miejsce od Kościoła. Zacząłem wszystko szybko zbierać w obawie, że zostanę dostrzeżony przez księdza Alberta i szybko oddaliłem się od Kościoła myśląc w duchu ,,Nigdy więcej,,. Gdy odległość była na tyle bezpieczna i pochłonął mnie tłum ludzi na ulicy zacząłem się zastanawiać co dalej...
-Przepraszam? Halo? Czy mogę...- co chwilę próbowałem kogoś zaczepić i zapytać gdzie jest mój kolejny przystanek. Ludzie jednak traktowali mnie jak ducha lub patrzyli z wyrazem obrzydzenia na twarzy (potem zrozumiałem, że mój widok, długa zmechacona broda i włosy które nigdy nie miały styczności z grzebieniem budziły takie reakcje).
Ignorancja ludzi zaczęła mnie irytować. Usiadłem na przystanku autobusowym i czytałem nazwy budynków mając nadzieję, że któryś będzie cmentarzem. Utknąłem w martwym punkcie gdy nagle podjechał w moją stronę żółty samochód z napisem „TAXI”.
- Hej, włóczęgo nad czym tak myślisz?- zagaił mnie czarnoskóry mężczyzna za kierownicą. Widywałem osoby o takim kolorze na ulicy mijały mnie, zastanawiałem się wtedy czy ludzie mogą zmieniać barwę skóry czy są w innych kolorach ale nie miałem jeszcze okazji o tym z nikim porozmawiać.
-Ja... Mhm ja szukam pewnego miejsca.
-Każdy jakiegoś szuka. Masz kasę a trafisz wszędzie.
-Kasę... Mhm, pieniądze, mam. Ile? Tyle starczy?
-Chyba nie tutejszy jesteś. Zapłacisz jak dojedziemy na miejsce. Wsiadasz?
-Och... Tak. Jasne.
-Tak w ogóle skoro masz tyle kasy to czemu czegoś ze sobą nie zrobisz? Nie ogarniesz się czy coś?
-Ogarnąć? To znaczy?
-Młodo wyglądasz chłopie, Masz mnóstwo kasy, a wyglądasz jak bezdomny. Na ćpuna nie wyglądasz bo bym poznał. Dawno się chyba w lustrze nie widziałeś.
-Ja... Chyba jestem bezdomny. To znaczy ja jestem w podróży.
-Obieżyświat? Tu nie ma co zwiedzać. A tak w ogóle to gdzie mam cię zawieźć?
-Cmentarz.
-Który?
-Ja... Mhm... Nie wiem.
-Jak to nie wiesz?
-Nooo... jestem w podróży i tam jeszcze nie byłem. A wiem, że muszę tam być.
-Musisz? Nikt z własnej woli się tam raczej nie zapuszcza jeśli nie odwiedza tam swojej rodziny...
-Tam można odwiedzić swoją rodzinę?! Och byłoby cudownie. Dawno nie widziałem mamy i taty.
-Chłopcze czy ty się dobrze czujesz?
-Chyba tak. Ja ich tak dawno nie widziałem... To znaczy jakiś czas temu ale tak jakby to było bardzo dawno temu.
-Trauma...- mruknął tak, że ledwo usłyszałem.
-Słucham?
-Tęsknisz za nimi...
-Tak... Bardzo.
-Nie rozumiem jak mogli cię doprowadzić do takiego stanu... Tak w ogóle masz tu lusterko bratku.
Podał mi mały prostokątny przedmiot i ujrzałem w nim siebie. Przypomniało mi się jak jeszcze niedawno nie zdawałem sobie sprawy, że tym który na mnie patrzył z tej „szybki” byłem ja sam. W lustrze odbijała się bardzo owłosiona twarz z bardzo długimi włosami tak jak wtedy. I zdałem sobie sprawę, że ludzie tak nie wyglądają, że nie mają brudnych ciuchów, że ich włosy się nie lepią i nie mają brody.
-Tak mój drogi. Fryzjer by się przydał. I golenie.
-Wyglądam tak odkąd pamiętam...
-Nie bardzo rozumiem- samochód skręcił lekko w jakąś uliczkę, następnie mijaliśmy drapacze chmur. Powoli zaczynało się ściemniać i budynki zaczynały się mienić neonami reklam i oknami.
-Ja... to długa historia. Całkiem niedawno...wyszedłem... ze śpięczki.
-Chyba ze śpiączki.
-Tak, tak, bardzo długo to podobno trwało.
-A twoi rodzice... mhm... rozumiem.
-Zniknęli. Pewnego dnia...
-Też bym to sobie tak tłumaczył... za chwilę będziemy.
-Och... Mam pytanie. Jak to jest z ludźmi... że jedni są jaśni a drudzy mają ciemny kolor skóry. Jak pan. Jak to jest?
- Ładnie to ująłeś. Kiedykolwiek widziałeś czarnego przed śpiączką?
-Nie. Ja spałem przez 20 lat... od urodzenia.
-Wow, nie pomyślałbym, że coś takiego jest możliwe...
-Pan doktor też nie myślał o tym... A teraz wszyscy zniknęli. Muszę sobie sam poradzić z pewnym zadaniem...- teraz po zniknięciu Marthy i spotkaniem z księdzem Albertem postanowiłem nikomu nie wyjawiać mojej misji.
-Zostałeś osierocony- to słowo zabrzmiało bardzo smutno w jego ustach- Odpowiadając na Twoje pytanie, ja jestem czarny, ty biały bo tak nas stworzono. Na podobieństwo Boga.
-Bóg jest dziwny prawda?- różne fragmenty Biblii kołatały mi się w głowie.
-Jest, był i będzie. Aż nas wszystkich szlag trafi. I wszyscy trafimy tam gdzie Ty teraz zmierzasz. Na cmentarz- taksówka zahamowała i zatrzymała się. Zobaczyłem przyprawiające o ciarki miejsce za wysoką powykrzywianą bramą, pełne kamiennych tablic z krzyżami.
-Tu kończy podróż każdy z nas powiedział taksówkarz
-Tu się umiera proszę pana?
-Nie mój drogi... tu się chowa nasze ciała by mogły się rozłożyć i spocząć na wieki. Pod ziemią. Jestem Marley tak przy okazji.
- Jestem Dominic. Ja tylko... ja nie wiem jaki jest cel mojej wizyty tutaj.
-Nie wiesz? Ja tym bardziej nie wiem. Wiem, że fajny i dziwny dzieciak z Ciebie dlatego Ci odpuszczę opłatę za kurs.
-Och ale ja chętnie zapłacę. Za wiedzę. Za to co mi pan... za to co powiedziałeś.
-Nie trzeba dzieciaku, trzymaj się. I nie zostawaj tu na długo zaraz będzie tu tak ciemno, że nic nie zobaczysz. W okolicy jest hotel. Wierzę, że masz jakiś cel związany z tym miejscem i mam nadzieję, że go odnajdziesz. I, że Cię zobaczę w lepszym stanie- uśmiechnął się szeroko i nawet w nadciągających ciemnościach było widać jego zęby.
Marley obserwował cmentarz jeszcze przez chwilę, w skupieniu a potem wykonał dziwny gest prawą ręką dotykając najpierw czoła, potem klatki piersiowej a następnie lewego i prawego ramienia.
-Amen- mruknął po czym po raz ostatni popatrzył na mnie i powiedział- Uważaj na siebie. I nie musisz mi płacić.
Przytaknąłem ruchem głowy. Odpalił silnik i odjechał. Pozostałem sam z grobami, zniczami, kwiatami i wiatrem wyginającym gałęzie drzew.
Miejsce to ciche, spokojne lecz przywołujące jakiś niewytłumaczalny strach przyciągało i kazało uciekać jednocześnie. Po przejściu przez wysoką ozdobną bramę zacząłem spacerować między grobami. Dotykałem płyt, czytałem nazwiska osób, które teraz nie obchodziło nic, nie czuli nic, nie byli nigdzie. W ogóle ich nie było. To samo miało kiedyś czekać i mnie. Nie wiedziałem tylko jak oni się dokładnie pod tą ziemią znaleźli. Nagle usłyszałem jakieś głosy z oddali i poczułem falę niepokoju, która kazała mi się ukryć w najbardziej ciemnym zakątku.
-To dla kogo tam dziś kopiemy?- usłyszałem chrapliwy przepalony głos. Błysnął płomień zapalniczki, z oddali poczułem dym z papierosa. Chwilę później zapaliła druga osoba.
-Z tego co wiem to dla jakiejś dziwki.
-Ostatnio to z miesiąc temu dla dziwki kopaliśmy co nie?
-Dziwkę łatwo zatłuc. Nikt nie zwróci uwagi, że kolejna zniknęła. Szczególnie w tej okolicy. Dobra kopiemy Mark.
Mężczyźni wzięli do rąk łopaty i zaczęli kopać dół w ziemi. Zacząłem się domyślać, że do tego dołu są składanie ludzkie martwe ciała.
-Jaka trumna wiesz może?
-Dla dziwki? Jake, to oczywiste, że najtańsza.
-A skąd wiesz, że nie była z luksusowego burdelu, że nie brała dużo, że nie odkładała na czarną godzinę?
-Pierdolisz Mark. Kop dalej.
Słowo „trumna” kojarzyło mi się... a raczej widziałem je, o tak, widziałem. To było pudło, do którego składano ciało, teraz wszystkie elementy do siebie pasowały. Przykrywało się ją wiekiem, składało do grobu a potem zakopywano. Na końcu kładło się ozdobną płytę na której był krzyż a na nim Jezus. Pojawiał się on na każdej płycie. Czy Ci ludzie już się z nim spotkali.. ich dusze, czy ich dusze już spotkały się z Bogiem? Na grobach były daty ich narodzin i śmierci. Jedni żyli blisko stu lat inni nie dożywali nawet dziesięciu. Byli młodsi ode mnie. Oznaczało to, że w tym miejscu spoczywali nie tylko starcy ale i dzieci. Duszyczki, które dopiero co przyszły na świat już musiały go opuścić. Tylko dlaczego? Czym one zawiniły? Czy Bóg jest sprawiedliwy...?
- No, na dziś kończymy, wódka się sama nie wypije- wychrypiał Mark.
-A wiesz chociaż w jakich okolicznościach ją zabili?
-A myślisz, że mnie to obchodzi? Dziwka to dziwka, jedna mniej jedna więcej, żadna różnica.
-Tsa, w sumie racja. Dobra idziemy- mężczyźni otrzepali się z ziemi i ruszyli w stronę bramy.
Zostałem sam lecz nim wychynąłem się ze swojej kryjówki odczekałem chwilę. Chciałem mieć pewność, że jestem w pełni bezpieczny.
Było tak ciemno, że widziałem ledwie zarysy ponurych miejsc wiecznego spoczynku. Księżyc całkowicie zasłoniły chmury, nawet cień gwiazdy nie mógł się przez nie przebić. Byłem zmęczony i przygnębiony zarówno tym miejscem jak i tym, że ten etap podróży wcale nie przyniósł mi podnoszących na duchu wniosków. Życie było krótkim epizodem na ziemi, którego końcem była śmierć. Jaka byłaby różnica gdybym powiedział Bogu by skończył świat jutro? Skoro i tak wszystko dążyło do ostatniego oddechu i zamkniętych oczu?
Znalazłem ławeczkę blisko jednego z grobów i położyłem się na niej w pozycji embrionalnej. Było bardzo zimno i czułem to w kościach, z moich ust wydobywała się para niczym dym z papierosa. Moje całe ciało drgało a wokół nie było nic innego tylko żniwa śmierci: naturalnej, z wypadków, w zbyt młodym wieku. Kobiety, mężczyźni, dzieci, młodzież w moim wieku. Dla nich już świat się dawno skończył.
Mimo że mogłem przejść przez bramę i opuścić te przeklęte miejsce nie widziałem w tym sensu bo i tak spędziłbym noc na dworze. Bałem się tu zostawać a jednocześnie coś mi podpowiadało, że muszę tu być. Zajrzałem do mojego notatnika lecz nie było tam żadnej wskazówki co do kolejnego miejsca. Więc w tym momencie wszystko kończyło się tutaj. Zgłodniałem, zajrzałem do plecaka i wygrzebałem ostatnie resztki jedzenia. Postanowiłem, że następnego ranka szybko udam się na poszukiwanie czegoś do spożycia i ugaszenia pragnienia. Pieniędzy, choć wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy miałem wciąż bardzo dużo, wciąż nie do końca potrafiłem uwierzyć, że są one w stanie zapewnić wszystko co jest człowiekowi potrzebne.
Powieki same mi się zamykały... Mimo tego bałem się zasnąć, bałem się, że mogę się już nigdy nie obudzić, umrzeć i zostać tu na zawsze. Skuliłem się jeszcze bardziej w sobie...
Wiatr krzywdził niemiłosiernie gałęzie drzew, smagał je i sprawiał, że przerażająco jęczały. Zdawało mi się, że groby otaczające mnie zaczynają się do mnie zbliżać, poruszać i oplatać swoimi zimnymi, kamiennymi płytami. Płyty zaczynały skrzypieć i pękać. Nie mogłem się ruszyć. Byłem całkowicie sparaliżowany, moje oczy niemalże wychodziły z orbit, zęby szczękały z zimna i strachu.
-Aaaaaghhhrrrr...
Takiego dźwięku z pewnością nie mogły z siebie wydawać drzewa. Groby zaczęły pękać, ozdobne krzyże ułamywały się, ziemia zaczęła pulchnieć, spod niej zaczęła wychodzić zgniła ludzka ręka, następnie całe ramie, które twardo oparło się o pękniętą płytę. Następnie wyłoniło się całe zgniłe ciało, głowa pokryta ziemią była pozbawiona jednego oka, z którego wyłaziło robactwo, trupowi brakowało wielu zębów i jednego ucha.
-AAAAGGGHHHHYYYRRR...- kreatura wydała z siebie nieludzki odgłos i po wyczołganiu się z grobu zaczęła chwiejnym krokiem zbliżać się w moją stronę. Spadłem z ławki, strach eksplodował, uwolniłem się z jego objęć i myślałem tylko o jednym, o ucieczce. Z pozostałych grobów zaczęły wypełzać inne potwory, kobiety, dzieci pozbawione kończyn, wyjące, skrzypiące i zmierzające w jednym jedynym kierunku: moim. Mimo że większość z nich miała nogi w stanie daleko posuniętego rozkładu poruszały się coraz szybciej, otaczały mnie z lewa i z prawa. Traciłem oddech a brama cmentarza wcale się nie przybliżała, zdawała się tkwić w miejscu a nawet oddalać. Trupów było już teraz całe stado. W pewnej chwili straciłem grunt pod nogami i... wpadłem do świeżo wykopanego grobu. Nieumarli rzucili się w moim kierunku, zaczęli się przepychać między sobą, mimo że skuliłem się w najciaśniejszym kącie dołu wiedziałem, że już po mnie. Jeden z martwych, złapał mnie za rękę i mocno zatopił w niej zęby, które mu pozostały, wytrysnęła krew i poczułem jak odgryza mi kawałek ciała, dwa pozostałe ściśnięte obok siebie zaczęły na mnie włazić, wbijać długie zakrzywione paznokcie w twarz. Krew zalała mi oczy, moje ciało zostało rozczłonkowane, ostatnim co usłyszałem był dźwięk odrywania się mojej głowy od szyi, oczy zobaczyły jak zostaje ona podniesiona przez trupa w geście zwycięstwa. Mój wzrok stracił ostrość, zamglił się. Byłem martwy.