środa, 15 lutego 2012

Eksplozja smaku czyli co nas czeka muzycznie w 2012 roku !

Zacznę może od tego, że rozdział 23 się pisze i nie ma się czego obawiać do końca tygodnia powinien się ukazać na stronie. Tymczasem chciałbym zerknąć na to co się dzieje w szeroko rozumianej muzyce rockowej, metalowej i ogólnie alternatywnej. Zacznę od tego co już było a wzbudziło mój szczególny entuzjazm. Początek nowego roku przyniósł bowiem ze sobą dwa świetne albumy. Rewelacyjny, wściekły cios między oczy jakim jest "Resolution" Lamb Of God. Finezyjny akt przemocy na naszych uszach i szacunek za progresywne myślenie w "King Me". Ledwo się ten rok rozpoczął a już wiem, że nie zabraknie ich w ścisłej czołówce podsumowującej go! Kolejnym bardzo dobrym choć nie oszukujmy się rozrywkowym dziełem popisali się Włosi z Lacuna Coil na  krążku "Dark Adrenaline". Recenzję mojego autorstwa można zresztą przeczytać na Limiterze.


LAMB OF GOD 


A teraz o tym co nadchodzi. Mistrz Yoda z pewnością stwierdziłby że "Potężny płyt wysyp przewiduję". Nie będę tu rzucać konkretnymi datami bo kto będzie chciał to sprawdzi sobie ile dni jeszcze powinien odliczyć. Już niedługo nowy album wyplują na świat panowie z Cannibal Corpse pod wiele mówiącym tytułem "Torture". Powraca też Max Cavalera ze swoim Soulfly. Jeśli muzyka będzie równie surowa co okładka to "Enslaved" może się okazać najcelniejszym ciosem obok "Dark Age". Najnowsze dziecko Meshuggah natomiast zwie się "Koloss". O tym, że nie będzie to tytuł na wyrost powinien świadczyć utwór który ostatnio wypuścili do sieci "Break Those Bones Whose Sinews Gave It Motion" (no co za tytuł!) 


MESHUGGAH 

"Tragic "Idol"- tak nazywa się nowe dziecko Paradise Lost. Już przy "In Requiem" było czuć że chcą wrócić do czasów "Icon" i Draconian Times". Okładka sugeruje, że dzieło to będzie powrotem do  ich najbardziej klasycznego okresu. W przypadku Moonspell natomiast podejrzewam pójście w kierunku wyznaczonym przez świetny "Night Eternal". Album zatytułowany jest "Alpha Noir" a w internecie można zobaczyć jego bardzo ciekawy cover art. Delikatniejszymi dźwiękami będziemy się mogli także nacieszyć dzięki "Weather", nowemu dokonaniu Anathemy. Czuję świetną kontynuację nie tak dawnego "We're Here..." A z przeciwnego bieguna brutalności pod koniec lutego uderzy Napalm Death z krążkiem "Utilitarian". 


ANATHEMA 


Po miażdżącym singlu "Of Blood And Salt" oczekuję oczywiście nowego albumu Gojiry którą w tym roku zobaczę na żywo u boku Slayera, który także pracuje nad nowym albumem. Zespoły te wystąpią na tegorocznych Ursynaliach. U ich boku pojawi się także uwielbiany przeze mnie Mastodon. Fajnie będzie też zobaczyć Jelonka (po raz drugi) i Luxtorpedę (po raz trzeci) która będzie promować drugi album zatytułowanym "Robaki". No i nowy projekt Glacy- My Riot (po raz pierwszy). 


GOJIRA 

Nasz kraj w tym roku odwiedzą także min. Metallica (Sonicsphere, zagrają cały "Black Album"), Black Label Society, Red Hot Chili Peppers, Guns N Roses, Marilyn Manson, Coldpaly, Judas Priest, Sting,  Lamb Of God, Opeth czy Anathema. Pojawią się także niekwestionowani liderzy post-rocka których od lat marzy mi się zobaczyć, mowa tu oczywiście o Sigur Rós. Odbędzie się także pierwsza edycja Metalfestu na którym pojawi się Rudy z Megadethem, Fear Factory, Moonspell, Kreator, Blind Guardian, Vader czy Dark Thanquillity. 


FEAR FACTORY

No i oczywiście na deser zostawiam mój ukochany Woodstock który w tym roku zasila nie lada ansambl. Machine Head bo o nich mowa pojawią się tam w towarzystwie jakże znakomitego i legendarnego Ministry. Dodam też że nie lichą gwiazdę będzie miało w tym roku Asymmetry, pojawi się bowiem legenda która miała nie lada wpływ na kształtowanie się metalu i industrialu- mam tu na myśli Killing Joke. 


MINISTRY

Wiem, że nie o wszystkich festiwalach wspomniałem, że będzie jeszcze Off, Heineken, Seven i Jarocin. Im również poświęcę miejsce w moich rozważaniach wtedy gdy składy będą pełniejsze. Zapowiada się fantastyczny muzyczny rok czyż nie? 


sobota, 11 lutego 2012

O zastoju i powrocie weny słów kilka

Po napisaniu rozdziału 21 zaczął się mały kryzys. Bardzo ciężko było mi się zabrać do kolejnego który powstawał z przerwami w sumie tydzień. Jest on póki co najdłuższym rozdziałem i nie ma co ukrywać bardzo wulgarnym ale zależy mi na wiarygodności i żywotności języka bohaterów. Ale nie o tym to miało być tylko o kryzysie. Czasem wszystko idzie jak po maśle i tłukę w klawiaturę to co kłębi mi się w głowie, jednak są takie dni kiedy mam wrażenie, że każde zdanie które by mi wyszło spod palców byłoby pozbawione sensu. Nie lubię ingerować w treść tuż po napisaniu. Zmian będę dokonywać po ukończeniu etapu. Jak już kiedyś wspominałem do ogólnego obiegu w sieci trafi 35-40 rozdziałów, po niepublikowaną resztę będzie można zgłaszać się do mnie na fecebooku:  http://www.facebook.com/profile.php?id=100001093096874  Przyznam, że czasem rozdział powstaje w bólu i podczas pisania ich poszukuję wszelakich muzycznych inspiracji, które pomagają mi w kreacji świata bohatera. Ostatnio dajmy na to dużą rolę odgrywa nowy album Lamb Of God "Resolution" będący agresywną petardą a takich emocji potrzebuję. Jest jeszcze kilka rzeczy które powinienem tu wyjaśnić a mianowicie to, że pracę nad książką wydłużają współprace z bardzo fajnymi portalami muzycznymi do których piszę recenzje. Pierwszy z nich  http://www.limiter.com.pl/  jest nastawiony bardziej na muzykę ekstremalną i ukazało się tam już około 20 recenzji mojego autorstwa (w tym te które są też i na "Podruszy") a wkrótce zaczynam współpracę z drugim portalem poświęconym progresywnej i awangardowej stronie rocka/metalu  http://przyladekmuzycznejprzestrzeni.blogspot.com/  . Jest to czasochłonne ale sprawia mi ogromną przyjemność. Wkrótce dla strony limiter ukaże się na przykład mój wywiad z Drakiem z Huntera a także mailowo przeprowadzona rozmowa z Peterem z Vader. Tak więc jak widać kiedy wena do pisania książki mnie opuszcza to pojawia się energia do tworzenia innych równie atrakcyjnych rzeczy. Mimo tych zastojów wciąż mam ambitny plan by ukończyć powieść jeszcze w tym roku.  Tak więc mimo niepokojących momentów ciszy na blogu jego żywotności nic nie grozi i spokojnie można być pewnym kolejnych przygód Dominica.

piątek, 10 lutego 2012

Rozdział 22: Cela

Rozdział 22

CELA

Od moich wrzasków zaschło mi w gardle. Władowano mnie do samochodu, w milczeniu skuto kajdankami, zawarczało i ruszyliśmy. W środku auta panowała tak gęsta atmosfera, że można by ją ciąć nożem. Napięcie i wściekłość malowało się na mojej twarzy, ci którzy mnie pilnowali byli zimnie obojętni i nie mieli zamiaru odpowiadać na moje pytania.
-Gdzie zostanę wywieziony?
Odpowiedziało mi wymowne milczenie.
Chciałem powiedzieć, że jestem niewinny ale to by niczego nie zmieniło.
-Gdzie moje rzeczy?
Cisza. Poruszenie i wskazanie palcem.
-Acha. Zapewne nie ma szans bym je odzyskał.
Zaprzeczenie głową. Ci ludzie przypominali żywe acz puste w środku skorupy, z twarzami nie wyrażającymi żadnych emocji. Jeśli tak samo miło być w więzieniu, właśnie znajdowałem się w przedsionku piekła.
Zastanawiałem się jak jest na zewnątrz, zapakowano mnie bowiem do furgonetki, odgrodzonej ciemną szybą od kabiny kierowcy, czuć było tu stęchły smród seryjnych morderców i innych przestępców których miałem wkrótce poznać...
Chybocząc się w tym pudełku zdałem sobie sprawę, że tak wcale nie miało być, że to przecież nie może być część boskiego planu, z tego co usłyszałem to miałem się znaleźć w miejscu z którego nie ma ucieczki.
W samochodzie musiało być albo bardzo szczelnie albo byliśmy daleko poza miastem, żadne jego dźwięki do mnie nie docierały cały zgiełk który jeszcze do niedawna mnie przerażał zamarł i jechałem do odizolowanego od świata miejsca, w którym...
Samochód się zatrzymał. Zamarłem ale nie opierałem się kiedy mnie wyprowadzano. Moim oczom ukazał się przepotężny budynek wysoki i szeroki z wielkim placem po którym spacerowali ludzie w pasiastych ubraniach. Wszystko wokół było pustkowiem, z daleka nie było widać niczego co sugerowałoby w którą stronę wrócić do miasta.
Zostałem popchnięty przez któregoś z eskorty i ruszyłem powoli jako, że moje nogi też były skute. Większość zaczęła mnie obserwować, mruczeć a nawet gwizdać...
-Świeże mięsko...
-Niezła dupcia...
-Dawno młodego chłopaczka nie mieliśmy...
Patrzyli na mnie z jakimś dziwnym głodem w oczach dopóki nie zniknąłem przechodząc przez drzwi.
-To ten bez tożsamości?- zapytał gość który skonfiskował wszystkie moje rzeczy i wręczył mi pasiak.
-Tak.-odparł sucho gość z eskorty.
-Panom już dziękuję. Pod prysznic z nim. Rayan, zajmij się tym dobrze?
Mężczyzna ruszył w moją stronę.
-Rayan byłbyś łaskaw odprowadzić potem więźnia numer 4815 do celi 612?
Wyraźnie zmęczony swoją pracą strażnik kiwnął głową i spojrzał mi prosto w oczy.
-Uuuuuuu młody przejebałeś sobie z góry, w tamtej części jest sporo ciotek.
Nie miałem pojęcia kim są ciotki i chyba nie chciałem wiedzieć. Instynktownie czułem, że chciałbym je omijać z daleka.
Zaprowadzono mnie do sali w której po podłodze ściekała woda. Zobaczyłem zawieszony porządnie zardzewiały prysznic.
Rozkuto mi ręce i nogi.
-Rozbieraj się. Do naga.
Pierwszy raz w życiu poczułem czym jest wstyd. Obserwowali mnie zniesmaczeni jak zdejmuję ubrana, lekko niezdarnie jako, że strasznie się trząsłem, teraz już nie ze złości tylko strachu i zimna.
-Tyłem do nas, oczami do ściany.
Ustawiłem się tak jak zalecili. I czekałem. Zaatakował mnie strumień zimnej wody, wycelowany prosto w moje plecy. Polewali mnie długo i marzłem okrutnie.
-Odwróć się.
Skrzyżowałem nogi i z żałosną miną poddawałem się tym torturom aż skończyli. Jeden ze strażników rzucił mi pasiaka prosto w twarz, pośliznąłem się i upadłem jak długi.
Zaczęli się śmiać a ja czułem jak purpurowieję na twarzy. Szybko ubrałem się w okropne więzienne ciuchy i wstałem wciąż mokry od góry do dołu.
-Jazda 4-8-1-5, nie ociągać się.
Jestem numerem. Odebrano mi nawet imię. Prowadzono do klatki, ciemnej i ciasnej, którą będę musiał dzielić z kimś albo równie niewinnym tak jak ja (w co wątpiłem) albo jakimś wielokrotnym mordercą, który nie pozwoli mi przespać ani jednej nocy...
Prowadzono mnie na piętro mijałem cele, w niektórych było pusto (spacerowali) a w niektórych przez kraty obserwowały mnie ciekawskie oczy wszelkiej maści przestępców, młodych, starych, białych, czarnoskórych i jak za chwilę miałem zobaczyć „wymalowanych” niemal na całym ciele.
- 2-8-4-9 masz towarzysza.
Z pryczy przewrócił się na bok jakiś wielki kształt a potem potężnie umięśniony mężczyzna zsunął się z łóżka i spojrzał groźnie to na mnie to na strażnika.
-Śpisz na dole- mruknął po dogłębnym zlustrowani mnie. Facet właściwie nie mieścił się w pasiaku i wyglądał w nim co najmniej groteskowo. Miał podwinięte rękawy, na obu rękach miał rysunki, przedstawiające czaszki, nagie kobiety, płomienie a nawet krzyż. Strażnik zamknął celę i odszedł. Momentalnie potężny kompan z celi zbliżył się do mnie tak, że czułem jego nieświeży oddech bardzo, bardzo dokładnie. Patrzył mi w oczy tak głęboko, że bałem się zamrugać.
-Podobają ci się moje dziary co młody?- wycedził.
-T.. t... tak... są taaa... takie kolorowe.
-Kolorowe taaaaa? Ano są. To jest moja dziewczyna- wskazał na rysunek na swoim lewym ramieniu. Przedstawiał bardzo urodziwą naga kobietę -Wciąż wierzę, że ją zobaczę. Że mnie wypuszczą za dobry sprawunek. Młody, kurwa, nie wyglądasz na chuja. Za co cię posadzili?
-Za... morderstwo proszę pana.
-Proszę pana? Se w kulki ciśniesz? Jaki pan kurwa. Marlon jestem. Ale mówią mi Kolor. Sam żeś zczaił, że mam łapy jak jebana tęcza. A Ty coś za jeden i kogoś zaciukał? Ja to siedzę za kulkę... i to nie jedną.
-Jestem Dominc... I mówią...- tu mi się przypomniały słowa sędziego- i mówią na mnie X. Wsadzili mnie na dożywicie... za morderstwo. Ale go nie popełniłem. Wrobiono mnie. Że niby nożem zadźgałem.
-Wrobiony. Tutaj połowa jest wrobiona... A skurwysyny siedzą na wolności... Ja to się do winy mogę przyznać tu i teraz. Prosty facet jestem to i mnie ciemnie typki wynajmowali. To żem kropnął jednego chłopa, a potem dwóch. I ni chuja się z tego wybronić nie dało i tak już sobie siedzę tu od ładnych dziesięciu lat. Przejebane tylko, że mojej panienki nie zobaczę.- Marlon zerknął na swój rysunek na ciele.- Ten tatuaż machnąłem sobie jeszcze przed puszką długo przed puszką. Ale mówiłem jej, że nie będzie mnie mogła odwiedzać, zamieszana w to kurwa jest i mogli by ją kropnąć gdyby się dowiedzieli. Pewnie sobie znalazła jakiego facia i dzieciata już jest.
Nie bardzo wiedziałem co odpowiedzieć jako, że mogłoby się to dla mnie źle skończyć. Na twarzy Marlona wyraźnie malowały się wspomnienia, rysy mu złagodniały i przez chwilę wydawał się być w innym świecie, tym, którego miał już nigdy nie zobaczyć.
-Ano, pytał żem skądś się urwał.- Marlon usiadł w kącie celi i wyciągnął papierosa. Zapalił, zaciągnął się potężnie i wydmuchał zawartość swoich płuc prosto w moją stronę. Zacząłem kaszleć i machać rękami by rozgonić to świństwo.
-Nie jarasz młody widzę.
-Ano nie, zresztą nie miałem okazji.
-A to dobry ziomek z Ciebie. Klapnij se i mów mi jak żeś tu trafił.
Zacząłem snuć wszystko od samego początku a Marlon co chwila mi przerywał. Historia wydawała mu się tak niesamowita i nierealna, że na mojej twarzy, po raz pierwszy odkąd obudziłem się feralnego dnia w którym zobaczyłem Bena martwego, pojawił się szczery prawdziwy uśmiech.
-To sukinsyny nie mogły otworzyć listu?
-Nie. Tylko ja mogłem to zrobić. Ale to nie pomogło i tak dostałem dożywocie.
-Ja to mocno wierzę w Szefa. Pa, mam nawet krzyż wydziergany. Jezus nas jeszcze wszystkich zbawi ja ci mówię. Znaczy mnie to nie bo narozrabiałem ale no jak go przeproszę za tych chłopków com ich kropnął to może choć mnie do czyśćca władują, bo wiesz tu to jest kurwa piekło na ziemi.- pokazał palcem wskazującym w podłogę. Ale ty to masz niezłą lipę. Ja to bym ziomków za nimi wysłał coby rachunki wyrównać ale, że ty sierotka jesteś to chuj, ziomków nie masz.
-Nie, nie mam. Od czasu kiedy opuściłem szpital z nikim nie spędziłem za dużo czasu.
-A Ty ja dobrze zrozumiałem, żeś sobie nie poruchał jeszcze nigdy?
-Poruchał?
-No żeś z dupeczką nigdy się nie kochał.
-Nie. Ale czy powinienem, żałować że nie zasmakowałem czegoś o czym nie mam pojęcia?
-Ale całowanko ci się podobało?
-Tak... było bardzo przyjemnie- sięgnąłem pamięcią do tego momentu który nie wydarzył się nie wiadomo jak dawno.
-No to seksik to jest... no kurwa to jest zajebista sprawa. Mega przyjemne... Lepsze niż cokolwiek na świecie. Ale tutaj to tylko łapa zostaje. To ma i kurwa swoje gorsze strony bo się ciotek namnożyło tutaj.
-Nie rozumiem. Łapa? Ciotki?
-O kurwa no tak... Nie ogarnięty jesteś ziomeczek. Słuchaj młody, nie będę pierdolił. Masz tak, że ci fiut stoi?
Moja twarz musiała w tym momencie baaaardzo zmienić kolor.
-Mhm.
Nie ma sensu bym opisywał tu to co mi powiedział bo wiecie o co chodzi. Po prostu dowiedziałem się, że pewien mój narząd oględnie mówiąc nie spełnia tylko jednej funkcji w życiu. Używając bardzo prostych i momentami wulgarnych słów dowiedziałem się, że pewne czynności z kobietą mogą być bardzo przyjemne a „ciotki” to panowie którzy w akcie desperacji i braku seksu postanowili przymuszać do tego innych panów
-To miejsce łamie psychę jak zapałkę- powiedział demonstrując to na kawałku zakończonego czerwoną główką drewienka które pękło z cichym trzaskiem. Zaciągnął się kolejnym papierosem i kontynuował.- Ale ty ziomek jesteś spoko i masz niesamowitą przeszłość. Odebrali Ci cel tak jak mi moją dupeczkę. Ciotki cię nie ruszą Iks, zadbam o to. Tylko się trzymaj blisko mnie łapiesz?
-Łapię.
-No i zajebiście. Dogadamy się. I kurwa wierz mi, że szkoda mi ciebie chłopak, bo ci sukinsyny życie zmarnowały.
Uśmiechnąłem się. Byłem w jednej celi z facetem który pozbawił życia trzy osoby, bo mu kazano a jednak czułem do niego sympatię większą niż to większości do tej pory spotkanych osób.
-Młody nie ma co więcej nawijać, zara idymy na kolację.
I faktycznie jakiś czas potem kraty się rozsunęły i ogłoszono porę kolacji. Strażnicy groźnie łypiąc to na mnie to na potężnego Marlona poprowadzili nas do więziennej stołówki. Dwóch gości widząc go wstało ze swoich miejsc. Marlon bez słowa na nich usiadł, spojrzał na przerażonego siedzącego obok faceta i mruknął:
-Spiżdżaj, miejsce dla nowego.
Chudy mężczyzna szybko zwinął się nie dojadając nawet tego co miał na tacce.
-Widzisz Iks tutaj trzeba budzić respekt. Jak sobie nie wybudujesz nietykalności w tym miejscu będziesz lizać innym tyłki do osranej kichy.
-A czym jest respekt?
-Respekt to jest strach młody. Ty na nich patrzysz jak na normalnych ludzi jak codziennie a im się zdaje że ich kurwa możesz zadźgać samym spojrzeniem. Kiedyś to mnie w pięciu ciotki otoczyły. Jeszcze wtedy takim koksem nie byłem, ładnych parę lat temu to było. I, że jak lachy nie obrobię, to taki wpierdol mi spuszczą, że już się nigdy w lustrze nie poznam. No to chuj, skończyło się, że trzy tygodnie w karcerze siedziałem ale najebałem im wszystkim. Pięciu chłopa czaisz? I się rozeszło szybko, że się z Marlonem nie zadziera. Respekt to jest ten szacun co wychodzi z nich na każdym kroku. Ale mam tu i swoich ziomków. Muszę cię im jakoś przedstawić. Zaraz powinni tu być. Dobra miejsce zajęte można iść po żarcie.
Stanęliśmy w kolejce i Marlon mruknął:
-Jakbym chciał to wszyscy by mnie tu przepuścili ale lubię z nimi żyć w zgodzie. Wiesz ludziom tu odpierdala i nawet na takiego byka się może jakaś chudzinka z łapkami zarzucić. Masz niewyobrażalne szczęście, że do mnie trafiłeś. I że Cię kurwa lubię. Mój poprzedni ziomek z celi to był taki paranoik, że nie miałem wyjścia jak mu co jakiś czas nie przyjebać. W końcu się powiesił na własnym pasiaku. I to dzięki niemu w sumie trafiłeś do mnie.
-Odebrał sobie życie?
-No kurwa, tu nie jeden już zdurniał tak, że albo go przenieśli do psychiatryka albo wynieśli nogami do przodu. Mam takie dni, że naprawdę niewiele mnie trzyma przy życiu. Że wszystko chuj, czaisz?Jak z tą zapałką. Ale no wiesz ona mnie trzyma przy życiu. To, że mógłbym ją jeszcze kiedyś zobaczyć, nie mówię kurwa że być bo w to nie wierzę ale zobaczyć. Człowieku jedynie to mnie trzyma przy życiu.
Kolejka przed nami w końcu zniknęła i dostaliśmy kilka kromek chleba, masło, ser i szynkę a do picia nalano nam herbaty.
Kiedy siadaliśmy podeszło do nas czterech facetów i zerkali to na Marlona to na mnie.
-Widzę że przygarnąłeś nowego- odezwał się jeden z nich
-Taaaaa, przydzielili mi nowego, ale jest lux. U mnie ma nietykalność. Także z szacunkiem do ziomeczka. Słuchaj młody to Terry- wskazał na tego który pierwszy zagadał- Terry zaciukał kochanka swojej żonki i jak mówi nie żałuje, he he. Mówią mu Terier, ni chuja bym nie chciał takiej ksywy bo to takie psiarskie jest.
-Ej no kurwa od imienia jest...
-Morda, przedstawiam. To jest Eryk. Mówią mu „Szklany”. Nie ma jednego oka. Ostał kiedy z noża i go ledwo odratowali, a gałę trzeba było usunąć. „Szklany” poka sztuczkę.
-He he, spoko.
Eryk, zakrył sobie lewe oko, drugą ręką uderzył się lekko w tył głowy. Kiedy zabrał rękę oczodół był pusty a szklane sztuczne oko spoczywało na dłoni. Zrobiło mi się słabo ale się roześmiałem. Eryk zrobił poważną minę.
-Patrz teraz żółtodziobie.
Podrzucił oko do góry odchylił głowę, jedną ręką rozszerzył oczodół. Oczko zawirowało wysoko i spadło wprost tam gdzie powinno. Eryk poprawił je sobie a potem dodał.
-Ta dam.
-Ogólnie to jest kawał skurwysyna i czarodzieja. Sukinsyn rabował tak długo aż nie rozszyfrowano jego najbardziej klasycznej sztuczki ze znikającą forsą.
-No wpadłem. Bywa. Ale kiedyś stąd po prostu zniknę- „Szklany” mrugnął do mnie sztucznym okiem.
-Taaaa a my wszyscy z tobą. A ten drań to Damon ale mówmy mu Demon, kiedyś nakurwiał w metalowej kapeli i jest w stanie o tym nawijać bez przerwy. Tylko, że mu kiedyś ten szatan nieźle pojebał we łbie i jak se popruł na prochach to zajebał kolesia.
-Pruł się chuj ale to była moja wina. Córkę już miałem wtedy a wciąż debilem byłem. Ale tu to grzeczny jestem. Wierzę że kiedyś wyjdę. Każde piekło jest lepsze niż to.
-Heee no i kolejny mój dobry ziomeczek, nasza „czarna owieczka”.
-Uważaj na słowa- warknął czarnoskóry mężczyzna. Wszyscy oprócz mnie i niego zaczęli się śmiać.
-Oj nie dygaj. Chichram się. Nazywa się Pierr, mówimy mu „Francuzik”, bo ma takie głupawe imię- facet od razu się skrzywił- jest specem od załatwiania tu różnych rzeczy. Wiesz młody, szlugi, świerszczyki, jakieś słodycze. Dobrze się ze strażnikami układa, choć podejrzewamy, że dupkę nie jednemu wylizał
-Przeginasz Kolor...
-I tak mi gówno możesz zrobić. No więc nasz nowy ziomek nazywa się Dominic. I czaicie on nie ma nazwiska. Ma pokręconą historię swojego życia którą z pewnością zechce wam opowiedzieć.
-Jak można nie mieć nazwiska- zdziwił się Szklany.
-Się kurwa dowiesz. Młody sobie zmyślił że możemy na niego mówić Iks.
-Panowie! Wieczorny spacerek! Kończymy kolację i na na dworek, na dworek.
-Jak ja kurwa nie lubię tych spacerków- powiedział Pierr.
-A bo się ciotki obcinają, he he. Chcieliby byś drąga w nich zamoczył.
Pierr prychnął ale nic już nie powiedział. Ja skończyłem całkiem znośną kolację i całą ekipą ruszyliśmy na spacerniak. Po cichu zwróciłem się do Marlona
-Co to są „świerszczyki”.
-Aaaaaaa he he bo ty nie wiesz. To są pisemka z gołymi panienkami wiesz by było fajniej gruchę trzepać. Pokażę ci, spodoba Ci się. Jeszcze nie wiedziałeś gołej babeczki, czas to zmienić co nie?
-Emmm, chyba tak.
-O, paczaj, tu masz jedną taką ciotkę, Bill. Bill siedzi za gwałt ale nie dał się wytępić. Udało mu się nawet zorganizować własną paczkę. I to jest banda największych skurwieli całego tego piekła. Kiedyś był jeszcze „Dzieciak” ale on tu szybko zszedł bo za pedofilię to się tu upierdala jajca tuż przy samej szyi.
-Pedo...co?
-To jest seksualne wykorzystywanie dzieci. Seks dorosłych to jest wiesz zajebista sprawa ale małemu dzieciakowi ryje psychę. Kurwa ciężko to tłumaczyć komuś co nie miał z tym styczności. Ale powiem ci, że to gorsze niżby człowieka zabić.
Czyli seks miał swoje jasne i ciemne strony. Paradoksalnie tu mogłem poznać jedynie jego najciemniejszą stronę a jasnej nie poznać nigdy. Jeśli byli tu psychopaci, którzy nawet Marlona nie byliby się w stanie przerazić, to ja tym bardziej, nawet pod jego skrzydłami nie byłem bezpieczny.
-A co to jest karcer?- zastanawiałem się nad tym już od dłuższej chwili, kiedy pierwszy raz padło to słowo.
-To jest straszne miejsce. Zamykają cię w takim bardzo wąskim pomieszczeniu no normalnie jakbyś w bardzo ciasnej skrzynce siedział. I sikasz i srasz pod siebie. I jest tam tak ciemno, że po otworzeniu boisz się wyjść. Żarcie wrzucają ci przez szparkę w drzwiach. Przy karcerze nasza cela to jest jak pokój w hotelu. Czaisz porównanie?
-Czaję...
-Już nigdy tam nie wrócę, nie ma kurwa mowy nawet.- Marlon aż wzdrygnął się na wspomnienie trzech tygodni w ciemnościach.
Podczas naszego spaceru gadaliśmy o wyrokach różnych osób które znał lepiej lub gorzej mój towarzysz z celi. Często wspominał też o swojej dziewczynie. Eryk pokazywał sztuczkę ze znikającym papierosem a Pierr dość dosadnie wypowiadał się na temat „ciotek”. Demon mruczał jakąś warkotliwą melodię a w pewnym momencie nagle głośniej rzucił „Slayer kurwa!” co sprawiła że reszta ekipy się zaśmiała. Terry był nieobecny i wyglądał na zamyślonego.
-Co mu jest?
-Za miesiąc jego syn ma urodziny. A za dwa stanie przed komisją warunkową. Wiesz będą go pytać czy czuje, że odbył wystarczająco długą karę a potem o i tak odrzucą prośbę o zwolnienie. To jest banda starych fiutów. Ja to mam szansę na taką gadkę za powiedzmy 20 lat dopiero.
-Koniec spacerku wracamy do cel!
Posłusznie zaczęliśmy się zbierać i rozchodzić tam gdzie nasze miejsca.
-No mody pora w kimę. A z tym spaniem to żartowałem. Wbijasz na górę. Bym kurwa mógł Ci spaść na łeb z moją masą.
-Dzięki.
-Jakbyś słyszał jakieś dziwne dźwięki to znaczy, że se czepie. Nie zwracaj uwagi.
-Eeeeeee, dobra.
-Załatwię świerszczyki ziomuś to i ty sobie ulżysz.
-Eeeee, no dobra.
-Widzę kurwa, że się wstydzisz to już spierdalam w kimę. Czym się i do jutra.
-No do jutra Kolor.
-Nara Iks, spoko ziomek jesteś.
-Dzięki.
Kolor władował się na dolną część łóżka a ja wdrapałem się po drabince na górną. Położyłem się i gapiłem w sufit. Miałem tu spędzić resztę życia. Dwadzieścia zmarnowałem w śpiączce nie mając dzieciństwa, nie zdobywając żadnej wiedzy. Każdy w tym miejscu wiedział i umiał więcej ode mnie. Każdy był z kobietą i każdy się z nią kochał. Ja byłem dzieckiem tkwiącym w świecie dorosłych po same uszy. Bezradnym i zdanym na ochronę wielkiego wytatuowanego faceta z ciężkimi grzechami na sumieniu.
-Kolor?
-Nom? Co tam?- usłyszałem głos z dołu.
-A te dziary... Wszystkie powstały zanim tu trafiłeś?
-Nie młody. Mamy tu zdolnego kolesia. Pozwolili mu mieć tak jakby... hmmm no takie studyjko do dziargania. A czemu pytasz?
-A nie nic, tak byłem ciekaw. Na razie.
-A to spoko. Nara.
Nawet w tym okropnym miejscu po jakimś czasie udało mi się zasnąć.

czwartek, 26 stycznia 2012

Rozdział 21: Proces



Rozdział 21


PROCES


Stałem przed lustrem w łazience trzymając w ręku dziwnie wyglądający przedmiot. Strażnik tłumaczył mi, że to maszynka do golenia, że za pomocą tego pozbędę się włosów. Dostałem też nożyczki do skrócenia włosów. I pianę. Nie bardzo wiedziałem jak tego wszystkiego użyć. Na początku złapałem się za długie dawno nie czesane włosy i jednym ruchem skróciłem o połowę. I tak ciąż sięgały mi poniżej ramion ale już tak nie ciążyły. Następnie je umyłem i wysuszyłem co sprawiło, że stały się miękkie i puszyste. Tymi samymi nożyczkami uciąłem moją długaśną brodę. Zacząłem czytać instrukcję użycia pianki i maszynki.
-Acha- mruknąłem do siebie. Ręce lekko mi się trzęsły, ostrza maszynki błyszczały. Odetchnąłem i rozpocząłem moje pierwsze w życiu golenie. Na początku szło całkiem nieźle dopóki na mojej twarzy nie pojawiła się pierwsza strużka krwi.
-Ał, ał, ał... to po to mi dali te chusteczki... no tak.
W końcu z mojej twarzy zaczęły znikać włosy a zaczęła pojawiać się gładka skóra. Rzecz jasna podczas tej czynności zaciąłem się w sumie pięć razy i co chwilę ścierałem krew. Kiedy już wszystko z siebie spłukałem mogłem w końcu pierwszy raz na siebie spojrzeć. Wyglądałem... całkiem zwyczajnie. Miałem niebieskie oczy, gęste brwi, dość prosty zwyczajny nos, sporą dolną wargę. Uśmiechnąłem się do siebie szeroko, policzki mi się zaokrągliły, pod oczami pojawiły dziwne linie, nos lekko zmienił swój kształt. Byłem zwykłym dwudziestolatkiem, któremu przydarzyło się coś niezwykłego, który został naznaczony... i którego czekał wedle tego co mówili policjanci koniec wolności. Moja historia po procesie miała dobiec końca. Jednak kiedy coś się opowiada trzeba temu dopisać ostatnich kilka rozdziałów.
-Wychodź już stamtąd- ponaglił mnie głos zza drzwi.
-Już już.- wyrwałem się z zamyślenia.
-Wracasz do celi dzieciaku. Jutro przyjdzie do ciebie twój adwokat z urzędu.
-Mhm.- wszedłem do mojej klitki.
Tej nocy nie mogłem spać. Bałem się nieznanego. Bałem się ludzi którzy mieli mnie oceniać. Przerażała mnie wizja tego, że „będę spędzać czas w ciemnym pudle” i że będę „bał się schylić po mydło” jak to mówili złośliwi funkcjonariusze. Miałem spędzić życie z ludźmi którzy popełnili straszliwe przestępstwa...
Rankiem na pół przytomny zorientowałem się, że mam gościa. Zerkał na mnie przez kratę schludnie ubrany mężczyzna z lekką obojętnością i zniecierpliwieniem.
Strażnik otworzył moją celę. Mężczyzna w garniturze wyciągnął do mnie rękę.
-Pan Dominic zgadza się?
-Tak.- uścisnąłem dłoń nieznajomego.
-Jestem Christopher Anderson i jestem pana adwokatem z urzędu.
-Rozumiem...
-Chciałbym z panem porozmawiać. Musimy omówić strategię pana obrony. Na osobności rzecz jasna- dodał patrząc na strażnika.
Facet zaprowadził nas do jakiegoś pokoju i zostawił samych. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. W końcu pan Anderson odchrząknął i zwrócił się do mnie:
-Czy wie pan jakie zarzuty na panu ciążą?
-Nie do końca.
Mężczyzna uniósł brwi do góry.
-Hmmmm... rozumiem. A więc jest pan oskarżony o morderstwo oraz o usiłowanie dokonania dwóch innych takich czynów.
-Nie popełniłem ich. Nie zabiłem nikogo.
-A więc nie przyznaje się pan do zarzuconych czynów, rozumiem. Są niestety dowody, które wskazują, że to pan dokonał tych czynów. Są także świadkowie.
-Świadkowie. Mówi pan o Henrym i Jerrym. To oni zabili Bena.
-A więc uważa pan, że został wrobiony?
-Tak, dokładnie.
-Na ciele ofiary są jedynie pana odciski palców, na narzędziu zbrodni także. Poza tym świadków jest więcej i każdy który został przesłuchany twierdzi, że groził pan tym, których pan oskarża.
-Ale to nie prawda! Ja nie zabiłem Bena.
-Przykro mi, ale sędzia ani ława przysięgłych nie uwierzą w to jeśli nie zobaczą dowodów, które mogłyby obciążyć tych których pan oskarża. A tych dowodów niestety nie mamy. Więc jedyne o co mogę się starać w pana przypadku to niższy wymiar kary. Ale na to musielibyśmy mieć dowody pana niepoczytalności. Wtedy moglibyśmy wynegocjować by nie trafił pan do więzienia do końca życia. Czy mogłoby być coś, jakiś dokument, który mógłby nam to umożliwić?
-Ja... nie wiem... znaczy... chyba nie.
-Wiec jesteśmy w sytuacji bez wyjścia.
-To znaczy... ja... myślę...- przypomniało mi się jak Ben uważał, że wierząc w list od Boga jestem niespełna rozumu.- Myślę, że może być coś takiego. Że mam coś takiego. To jest koperta. I list.
Mężczyzna ponownie uniósł brwi.
-Domyślam się że teraz to coś jest w depozycie, skonfiskowanym przez policję.
-Tak. Zgadza się.
-W takim razie jutro przyjdę to zobaczyć, wcześniej muszę pozałatwiać formalności, które pozwolą mi ten dokument uzyskać.
-Dobrze.
-W takim razie do widzenia panie Domnicu.
-Do widzenia proszę pana.
Adwokat podał mi rękę po czym zawołał strażnika i zostałem odprowadzony do celi.
Kolejnych kilka godzin było dla mnie koszmarem. Nie miałem co ze sobą zrobić, nie miałem możliwości iść dalej, szukać czegokolwiek co przybliżyło by mnie do pojęcia sensu tego wszystkiego. Dostałem kolację, pozwolono mi się umyć. Kolejna noc miałem równie nieprzespaną co poprzednią przy czym miałem wrażenie że wszystko się dłuży o wiele bardziej.
Rankiem zjawił się pan Anderson i znowu zaprowadzono mnie z nim do pokoju. Mężczyzna otworzył swoją teczkę i wyjął z niej zafoliowaną... moją kopertę, mój list.
-Nie wiem czy zdaje pan sobie sprawę, że nikt nie potrafił mi tego otworzyć.- jego zimne szare oczy przeniknęły mnie na wskroś
Uśmiechnąłem się gorzko.
-Czy to jakaś sztuczka?
-Nie. Ale... może to zabrzmi głupio ale chyba tylko ja mogę go otworzyć.
-To jest dowód w sprawie. Nie powinien być dotykany przez oskarżonego.
-Chyba już wszyscy w tym miejscu próbowali go otworzyć prawda? Więc i tak wszyscy zostawili na nim swoje ślady.
Pan Anderson wyglądał na zmieszanego. Przesunął kopertę w moją stronę.
Po prostu ją otworzyłem i podałem adwokatowi treść listu.
Oczy mojego obrońcy wędrowały od linijki do linijki a jego wyraz twarzy z każdym zdaniem ulegał coraz to innym emocjom. Na końcu był to wyraz całkowitego niezrozumienia i niedowierzania.
-To jest jakiś żart.
-Mogę potwierdzić, że wierzę w treść tego co jest tam napisane. Czy... to mogło by być dowodem na to, że jestem niepoczytalny?
Pan Anderson milczał. Widać było że przeżuwa każdą myśl i w końcu doszedł do wniosku który wyrzucił z siebie na głos:
-Myślę... zobaczymy co da się z tym zrobić.- podał mi list, włożyłem go do koperty. Kiedy mu ją podawałem czułem, że się szczelnie zamknęła.
-Czy ma mi pan coś jeszcze do powiedzenia na temat tych wydarzeń, które doprowadziły do tego, że jest pan teraz oskarżony?- zapytał po namyśle Anderson.
-Ci których oskarżam grozili mi, że mnie zabiją. Mieli ze sobą niebezpieczne przedmioty.
-Hmmm rozumiem. A czy mogę mieć do pana osobiste pytanie?
-Tak, słucham.
-Czy rozmawia pan z Jezusem? Albo z Bogiem?
-Hmmm... nie. Po prostu robię to co mam robić.
-A słyszy pan głosy w głowie?
-Nie.
-Więc jeśli chce pan nie trafić za kratki do końca swoich dni lub spędzić je w zakładzie zamkniętym, a zapewniam że to lepsze miejsce niż cela z gwałcicielami i mordercami, proponuję by zmienił pan odpowiedzi na te pytania.
-Och... to pomoże.
-Panu już niewiele może pomóc. A chyba już nic nie może bardziej zaszkodzić. Więc sugeruję przemyślenie zeznań. Rozprawa jest za trzy dni i wtedy, chyba, że jakimś cudem znajdzie pan jakieś dowody na swoją niewinność, wtedy się zobaczymy. Póki co muszę się zbierać.
Wymieniliśmy uprzejmości i znów zostałem sam. Czekały mnie trzy dni nerwowego oczekiwania na nieuniknione. Sprawa była tym bardziej przegrana, że łatwo jest obwinić kogoś bez rodziny, bez tożsamości, bez niczego. Niepotrzebnego i obciążonego dowodami. Trzy noce z rzędu odchodziłem od zmysłów, zastanawiając się jak to będzie wyglądać. Wyglądało na to, że powinienem się przyznać do tego czego nie zrobiłem by proces przebiegł szybko, bez komplikacji i z jakąkolwiek korzyścią dla mnie. Drażniła mnie też jedna kwestia. Skoro Bóg mnie w to wszystko wpakował dlaczego pozwala by to się teraz działo. Dlaczego w jakiś wspaniały magiczny sposób nie zostanę teraz uwolniony? Setki pytań i zero odpowiedzi.
Na mojej twarzy znów zaczęły się pojawiać włosy, nie była już gładka tylko chropowata ale ostatnim czego chciałem była ta przeklęta maszynka do golenia. W dzień rozprawy z samego rana pozwolono mi się ukąpać, zjadłem też coś lepszego niż zwykle, dostałem nawet pączka. Byłem zaskoczony tym, że są dla mnie tak mili, dostałem jednak odpowiedź skąd się to brało tuż przed moim wyjściem i odprowadzeniem do radiowozu.
-Ostatnie chwile wolności synku. Już nigdy nic nie będzie tak dobre.- policjant z paskudnym uśmiechem ugryzł pączka.- Tam dokąd trafisz przestaną się nad Tobą litować...
Mężczyzna musiał zobaczyć przerażenie w moich oczach, zaśmiał się drwiąco.
Podczas przejażdżki do gmachu sądu moja eskorta rozmawiała o codzienności, o swoich dzieciach i żonach, o sporcie i o tym jak nie znoszą swoich zwierzchników. Kiedy wysiadłem zimny wiatr uderzył mnie w twarz.
-Okropna ta jesień w tym roku- przywitał mnie pan Anderson. Zostałem wprowadzony do środka, zdjęto mi kajdanki i zaprowadzono do bardzo przestrzennej sali pełnej ław rozstawionych w dwóch rzędach, oraz dwóch po przeciwległych stronach pod ścianą i oknem.
-Tu usiądzie ława przysięgłych. A w tych ławach raczej nie masz się kogo spodziewać jako, że Twojej rodziny nie ma jak odnaleźć. Obawiam się, że to będzie bardzo szybki proces proszę pana.
-Też mi się tak wydaje- mruknąłem i usiadłem na wyznaczonym miejscu. Obok usiadł pan Anderson. Naprzeciwko było miejsce dla oskarżyciela który już się krzątał w swoich papierach. Odwróciłem się i zobaczyłem, że na salę wchodzą ci którzy popełnili tą okrutną zbrodnię, oraz Ci którzy mieli przeciwko mnie zeznawać.
-Proszę wstać, sąd idzie- zagrzmiało mi w uszach.
Wkroczył wyniosły mężczyzna koło pięćdziesiątki i zasiadł na miejscu sędziego. Spojrzał na mnie groźnie, potem dość obojętnie na mojego obrońcę i na całą tą hołotę w ławkach. Następnie weszło dwunastu ludzi którzy zaczęli się rozglądać po sali, rzucali mi różnego rodzaju spojrzenia, lustrowali. To byli przysięgli, mieli pomóc sędziemu w podjęciu wyroku.
Rozpoczęło się przemówienie odnośnie procedury, które nie do końca zrozumiałem aż w końcu padły wobec mnie zarzuty o morderstwo i pytanie które miało dość szybko zaważyć na wyroku.
-Czy przyznaje się pan do winy?
Milczałem. W tym momencie chciałem całkowicie stracić dar mowy. Ale skoro byłem i tak na przegranej pozycji postanowiłem bronic ostatniej rzeczy jaka mi pozostała- prawdy.
-Nie, nie przyznaję się do winy. Nie popełniłem zarzuconych mi czynów.
Sędzia spojrzał na mnie znad okularów.
-Proszę o przedstawienie dowodów przeciwko oskarżonemu.
Anderson parzył na mnie z miną „to i tak już koniec, po co walczysz”. Ja wzruszyłem ramionami.
-Czy potwierdza pan, że na tym oto nożu są pana odciski palców?
-Tak, potwierdzam. Miałem narzędzie zbrodni w ręku lecz jej nie dokonałem. Dokonało jej tych dwóch- odwróciłem się i pokazałem palcem na Henryego i Jerryego.
Pan Anderson w tym momencie włączył się do akcji.
-Wysoki sądzie mam dowód na niepoczytalność mojego klienta.
Sędzia ze zdumieniem spojrzał na to co się właśnie stało. Ja trzęsąc się wskazywałem na prawdziwych morderców a Anderson usiłował bezskutecznie otworzyć kopertę z listem.
-Czy pan się dobrze bawi?- zapytał adwokata.
-Zapewniam, że nie tylko ja miałem problem z jej otworzeniem wysoki sądzie- wysapał Christopher.
-Proszę oskarżonego o uspokojenie się.- teraz zwrócił się do mnie. Podczas wskazywania winnych musiałem bezwiednie wstać. Trzęsłem się cały a Anderson walczył z kopertą.
-Czy... kur... yyyych... czy mogę prosić oskarżonego by otworzył ten dokument?
-Dobrze- sędzia wzruszył ramionami i widać było, że męczy go przebywanie w tej sali.
Przestałem się skupiać na rzucaniu nienawistnych spojrzeń obrzydliwym mordercom i pomogłem Andersonowi otworzyć i wyjąć list. Adwokat podszedł i z głupim wyrazem twarzy wręczył go sędziemu. Miał dokładnie taką samą zmieniającą się jak w kalejdoskopie gamę uczuć na twarzy jak adwokat kiedy czytał moją misję.
Sędzia odchrząknął i spojrzał pytająco najpierw na mnie potem na Andersona i na końcu na oskarżyciela któremu podał list. Oskarżyciel, jak się potem dowiedziałem pan Curtis zapoznał się z treścią listu po czym zdezorientowany powiedział.
-Ehem, wzywam na świadka Henryego Towersa.
Henryemu zadawano pytania na które odpowiadał kłamstwami bez mrugnięcia okiem. Nie byłem pewien co znaczyło w prawie przysięganie na Biblię ale na Henryego z pewnością za takie kłamstwa czekało piekło. W pewnej chwili Henry nieświadomie, w pewnym sensie mi pomógł.
-No dzieciak zachowywał się jak wariat jakiś.
-Uważa pan, że jest nie w pełni władz umysłowych?
-Oczywiście. Nikt przy zdrowych zmysłach by tego nie dokonał. Ben był dla nas jak brat...
-KŁAMCA!- ryknąłem i wskazałem na niego palcem.
-Proszę oskarżonego o zachowanie ciszy- sędzia żywiołowo uderzył młotkiem w podstawkę.
-Chciałbym... chcę... oskarżam Henryego i Jerryego o morderstwo Bena!
-Widzi pan wysoki sądzie- powiedział beznamiętnie Henry- Totalny wariat.
Sędzia chyba zignorował to co powiedział Henry gdyż zwrócił się do mnie.
-Na narzędziu zbrodni nie ma żadnych śladów użytkowania osób trzecich a więc tych które pan oskarża. Wszystkie dowody świadczą przeciwko panu. Powtarzam więc raz jeszcze czy przyznaje się pan do winy?
Anderson spojrzał na mnie i widać po nim było, że nie było ważne co odpowiem- sprawa i tak była przegrana.
-Nie, nie przyznaję się.
Oskarżyciel wezwał na świadka Jerryego i znów poniosły mnie emocje.
-Jerry Mole?
-Tak.
-Czy utrzymuje pan, że morderstwo Bena Wishmana zostało dokonane przez oskarżonego?
-Tak.
-Ty obrzydliwy kłamco! ZABILIŚCIE GO! Zabiliście go bo wam przeszkadzał! Okradali innych! Ben nie chciał by kradli!
Sędzia znowu zaczął walić młotkiem w podstawkę.
-Cisza! Cisza na sali proszę oskarżonego o nie zabieranie głosu do momentu kiedy nie zostanie mu on udzielony.
Zamilkłem.
Kolejni świadkowie pogrążali mnie coraz bardziej wypowiadając się o mnie w bardzo ogólny acz jednoznaczny sposób. Sędzia z zażenowaniem słuchał, że „źle mi patrzy z oczu” i „nie chciałem się dzielić jedzeniem” i padło też stwierdzenie o Benie- „był zbyt ufny”.
Ława przysięgłych udała się na obrady i ogłoszono przerwę.
Anderson wziął mnie na bok i powiedział.
-Mają pana za wariata. I tak też się zachowujesz. To dobrze.
-Dobrze... ale ja jestem nie winny.
-Nie mamy żadnych szans i dowodów by im to potwierdzić. Ale masz szansę na afekt. Na niepoczytalność.
Henry i Jerry byli ze trzy metry od nas. Gdyby nie policjanci blisko mnie rzuciłbym się im do gardeł. Pogardliwość i pewność siebie jaką wobec mnie okazywali była nie do zniesienia.
Nie minęło wiele czasu a przerwa się zakończyła. Weszliśmy z powrotem na salę.
Wszyscy wyglądali jakby nie do końca wiedzieli dlaczego są tu a nie przed telewizorem w ciepłych kapciach.
Sędzia zwrócił się do jednego z członków ławy przysięgłych, która składała się z mężczyzn i kobiet w różnym wieku, biało o czarnoskórych, wszyscy jednoznacznie wydawali się zmęczeni.
-Jaka jest decyzja ławy przysięgłych.
-Wysoki sądzie nasz wyrok jest jednoznaczny- odparł chudy, wysoki łysy mężczyzna.- Uznajemy tego człowieka winnego zarzuconego mu czynu.
Sparaliżowało mnie. To już był koniec...
-Rozumiem. Jako, że dostarczone dowody, wypowiedzi świadków i orzeczenie rady przysięgłych składa się na wyrok prawomocny ogłaszam, że oskarżony jest winny morderstwa Benjamina Wishmana oraz usiłowania zabójstwa Henryego Towersa i Jerryego Molea. Mimo dostarczenia dowodów, które miałyby rzucić inne światło na psychikę oskarżonego ogłaszam, że Dominic X, jako, że nie znamy jego nazwiska ani jakichkolwiek innych danych, zostaje skazany na karę dożywotniego więzienia.
-Nie! NIE! JESTEM NIEWINNY!- wrzeszczałem jak opętany. Anderson mruknął jedynie pod nosem „I tak już nie można nic z tym zrobić” i szybko opuścił salę. Mnie ujęło dwóch policjantów i zaczęło prowadzić korytarzem do wyjścia. Po drodze zauważyłem triumfalne wyrazy twarzy prawdziwych zbrodniarzy.
Zapierałem się i wyrywałem. Wiedziałem, że trafię do gorszego niż klitka na komisariacie miejsca, pełnego ludzi znacznie gorszych niż Henry i Jerry. Wyglądało na to, że moje życie miało się zakończyć o wiele za szybko...  

czwartek, 19 stycznia 2012

Rozdział 20: Zbrodnia


Rozdział 20

ZBRODNIA

Obudziłem się, patrzyłem przez chwilę przed siebie, przyglądałem się pochrapującym towarzyszom Bena. Dwa miejsca były puste, z tego co pamiętałem należały do Henry'ego i Jerry'ego.
-Ben?- wszeptałem- Ben, brakuje dwóch osób. Czy to dobrze?
Nie odpowiedział mi. Zbliżyłem ręce do oczu chcąc je przetrzeć i wtedy zauważyłem, że coś jest nie tak. Były pokryte czymś czerwonym i lepkim... Obok mnie leżał umazany tym samym, mały, krótki nóż.
-Ben?- spojrzałem na niego. Wyglądał jakby spał. Ale nie poruszał się i nie czuć było jego oddechu. A z jego brzucha wyciekała ta sama ciecz, która pokrywała moje ręce i nożyk. Ben był martwy...
Nie mogłem się ruszyć. Ręce mi się trzęsły, oczy skakały na wszystkie strony. Wiedziałem, że nie ja to zrobiłem, dopuścili się tego Ci, którzy zniknęli. Uknuli to już wcześniej, przecież mnie obserwowali i coś planowali. O to im chodziło, by pozbyć się górującego nad nimi. Musiałem jak najszybciej stąd uciec. Jeśli ci ludzie się zaraz obudzą i zobaczą jak wyglądam stwierdzą, że to ja go zabiłem i zrobią ze mną to samo. Wstałem powoli opierając się zakrwawionymi rękoma o ścianę, zostawiając na niej czerwone ślady. Ciało Bena przechyliło się i osunęło na chodnik. Kałuża wokół niego była coraz większa. Zacząłem szukać w plecaku czegokolwiek co starło by ze mnie posokę. Grzebiąc w plecaku i brudząc wszystko co się da znalazłem... list. Ta sama koperta, która wczoraj spłonęła dziś była w stanie nienaruszonym, wydawało się, że błyszczy jeszcze bardziej niż normalnie. Otworzyłem kopertę i zawartość była identyczna do tej spod szpitalnej poduszki. Nie miałem czasu by zastanawiać się jakim cudem list do mnie powrócił. W tym momencie liczyła się tylko szybka ucieczka.
-Wybierasz się gdzieś?- usłyszałem głos Henry'ego z jakiegoś ciemnego zaułka
-Wy... wy go zabiliście...
-Kto ci w to uwierzy? Ja na swoich rękach nie widzę krwi, na twoich tak.
-Właśnie- wtrącił Jerry, który także wyłonił się nie wiadomo skąd.
-Niedługo pojawią się tutaj panowie, którzy cię aresztują. Za morderstwo. Do tego czasu jeśli nie chcesz skończyć jak Ben będziesz grzecznie czekać z nami.
-Bo i tak ci się nie uda uciec.
-Ale... ale dlaczego to zrobiliście?
-”Tego nie rób, tego nie kradnij”- Harry zaczął naśladować głos Bena- Ile można słuchać jakiegoś popierdolca, który myśli, że nami rządzi.
-I wtedy pojawiasz się ty. Nasz kozioł ofiarny. Przygłup, którego tak bardzo potrzebowaliśmy.
-I co dalej bez niego zrobicie?
-Przejmiemy jego rolę, tyle że modyfikując to co nam wolno a czego nie. Widzisz, człowiek wkurwiony i ograniczony przez zakazy jest w stanie dopuścić się czynów zabronionych, a nawet zbrodni. A jest do tego jeszcze bardziej skłonny kiedy wie, że ujdzie mu to na sucho. A nam ujdzie na pewno.
Zacząłem się cofać. Chciałem się przed nimi jakoś obronić i przypomniał mi się nożyk. Jako, że była to broń mogłem jej użyć także przeciwko nim. Szli w moją stronę powoli z groźnymi minami. Rzuciłem się na nożyk i schwyciłem go obiema rękoma, zaciskając zęby machałem nim w ich stronę
Henry parsknął śmiechem.
-Wiesz, że trzymając to tak kurczowo zostawiasz jeszcze więcej odcisków palców. A to bardzo poważny dowód, że ten oto trup padł z Twojej ręki.
-Odejdźcie bo was poranię. Uda mi się uciec.
-Taaaaaaak? Uważasz, że nikt nie zwróci uwagi na umorusanego krwią na twarzy i rękach chłopaka? Możesz nas poranić ale to tylko pogorszy Twoją sytuację. Już i tak masz dożywocie w kieszeni a jeszcze byś sobie życzył dodatkowo podwójne usiłowanie zabójstwa?
Rzuciłem to co miałem w rękach. Czułem, że za chwilę pojawią się tutaj ludzie, którzy mnie oskarżą i... nie miałem pojęcia co mogliby mi zrobić.
Między mną a nimi narastała aura oczekiwania. W tym czasie kilku innych bezdomnych zdążyło się obudzić i zauważyć co się święci.
-Obudźcie się!
-Nowy zabił Bena!
-Jest cały we krwi!
-Trzymajcie go panowie, nie pozwólcie mu uciec!
-Miałem takie wrażenie, że jest niespełna rozumu!
Wobec mnie padały teraz bezpodstawne, wysnute tylko i wyłącznie na tym co widzieli zarzuty. Widzieli wszystko z zewnątrz, nie widzieli całej sytuacji i nie słyszeli jak Henry i Jerry przyznawali się do winy. Nie było jakiegokolwiek sensu bym się bronił czy oskarżał prawdziwych winnych i tak by mi nie uwierzono. Z oddali usłyszałem jakiś dziwny przeciągły dźwięk...
-Już po ciebie jadą- wyszczerzył się Jerry.
Po chwili w uliczkę wjechał samochód z dziwnym migającym urządzeniem na dachu. Migało się na czerwono i niebiesko. Auto zatrzymało się i wysiadło z niego dwoje umundurowanych mężczyzn. Szybkim krokiem zbliżali się w moją stronę obydwoje mierzyli do mnie z czegoś co jak się później dowiedziałem nazywano pistoletem.
-Ręce do góry!- wykrzyknął ten z lewej i posłusznie zrobiłem co kazał.- Jesteś aresztowany pod zarzutem morderstwa, a teraz podejdź do samochodu i oprzyj się na masce. Ale już!
Przerażony zrobiłem co kazał. Przeszukali mnie, wywalili z plecaka wszystko co możliwe. Zabrali mi go, zdążyłem zauważyć, że oddzielnie wkładali do samochodu całą jego zawartość, list włożyli to przeźroczystej torebki, to samo zrobili z zeszytem, na wszystkich tych rzeczach były ślady krwi.
-Tu jest narzędzie zbrodni- wskazał ochoczo Henry wisielczym głosem po czym dodał oskarżycielsko- Ten gnojek zabił naszego przyjaciela!
-Cisza!-warknął jeden z policjantów a do mnie wyrecytował- Masz prawo zachować milczenie, wszystko co powiesz może być użyte przeciwko tobie.
Wolałem więc milczeć skoro i tak już byłem pogrążony.
-Ręce do tyłu.- posłuchałem i poczułem, że coś kliknęło, na moich rękach tkwiły teraz obręcze połączone łańcuszkiem.
-Kto z was widział całe zajście?
Zgłosili się oczywiście zbrodniarze. Reszta mruczała tylko, że spała podczas morderstwa.
Chwilę później pojawił się kolejny wyjący samochód, dużo większy... szpitalny! Ile bym oddał by się znaleźć w szpitalu! Wysiadło z niego kilku sanitariuszy i lekarz, który stwierdził zgon Bena. Jego ciało spoczęło w czarnym worku z suwakiem i zostało załadowane do ambulansu.
-Wy dwoje jedziecie z nami jako główni świadkowie.- wskazali policjanci. Zaraz będzie tu kolejny radiowóz i to nim pojedziecie.
Władowali mnie do samochodu i zatrzaśnięto drzwi. Przestałem słyszeć dźwięki z otoczenia, widziałem jedynie zza szyby jak policjanci rozmawiali z Henrym i Jerrym, którzy ochoczo na mnie wskazywali, żywo gestykulowali i z pewnością zmyślali swoją wersję wydarzeń. Siedziałem tak jeszcze sam z piętnaście minut, potem mężczyźni wsiedli i jeden z nich mruknął do mnie.
-Nie wiem dzieciaku co Ci strzeliło do łba ale grozi Ci dożywocie.
-A mało to młodocianych psychopatów teraz po tym świecie się kręci?- wtrącił drugi policjant.
-W sumie racja... tylko zobacz Tim z jakim stopniem brutalności mamy do czynienia. Ładnie go rozpruł nie ma co. I jeszcze chciał załatwić tych dwóch. Zresztą zobacz jaki ma dziki wzrok.
W rzeczywistości byłem bardzo przerażony. Widziałem to w lusterku zawieszonym na środku samochodu.
Radiowóz skręcił w jakąś uliczkę. Próbowałem skupić się na pięknych strzelistych wieżowcach, które mijaliśmy ale w głowie świtała mi tylko niepokojąca myśl o tym co będzie ze mną dalej.
-To co po robocie na kręgle Tony?
-No raczej i jakieś piwko do tego. Tylko nie za długo, żonka ma ostatnio lepszy humor.
-Uuuuuu będzie ruchanko.
-No ostatnio się z tym przeprosiliśmy. Widzisz dzieciaku świat jest taki piękny i prosty a Ty musiałeś wszystko spierdolić. I nie poruchasz już sobie.
-Nie wykluczone, że jego poruchają. Mydełko upadnie i ups, załadują gdzie trzeba, he he.
-Ano racja. Przejebać łatwo... a tego to już się odkręcić nie da... żelazne dowody, krew na rękach i tak dalej.
Nadchodziły czarne dni w moim życiu. Samochód skręcił w kolejną uliczkę, i moim oczom ukazał się budynek komisariatu.
-Wysiadka młody.
Wyprowadzili mnie we dwóch, pokornie się pochyliłem. Kajdanki wpijały mi się w przeguby, wszystko mnie bolało.
-A teraz Cię rozkujemy ale żadnych sztuczek. Pobierzemy Twoje odciski palców. I odpowiadaj na pytania.
Nic nie odpowiedziałem tylko kiwnąłem głową. Rozkuli mnie i musiałem przyłożyć palce do dziwnej substancji i odcisnąć w odpowiednim miejscu.
-Imię?- zapytał funkcjonariusz
-D...Domin...Dominic.
-Nazwisko?
-Nie... nie wiem. Nie znam.
-Nie znasz własnego nazwiska? Panowie czy znalazły się przy nim jakieś dokumenty?
-Dokumenty nie, znaleźliśmy tylko taki dziwny pusty zeszyt i list.
-I nie ma tam żadnych danych? Dzieciaku z jakiej dzielnicy jesteś?
-Z żadnej. Nie mam domu.
-Czy możliwe jest że cierpisz na amnezję?
-Nie wiem co to jest proszę pana.
-Zaniki pamięci.
-Och... miałem coś takiego raz.
-W jakich okolicznościach? Czy zdarzyło się to teraz? Tej nocy kiedy dokonałeś morderstwa?
-Nie...
-Czy piłeś wtedy alkohol lub brałeś narkotyki?
-Nie.
-Cholera, nie mogę otworzyć tego listu...
-Jak to nie możesz otworzyć koperty?!
-No normalnie to znaczy nie normalnie. Nożyczki nie chcą przeciąć tego papieru.
-Co ty pierdolisz? Daj mi to.
-Kiedy były te zaniki pamięci?
-To było podczas nocy na cmentarzu. Jestem pewny, że coś robiłem ale nie pamiętam co.
-Rozumiem.- funkcjonariusz coś zanotował, panowie Tim i Tony nadal się kłócili aż w końcu podeszli do tego który spisywał moje zeznania.
-Adam otwórz to.
-Chcesz mi powiedzieć, że nie możesz otworzyć... koperty?
-Otworzyć, rozpieprzyć, przegryźć, przeciąć, nic.
-Młody co to za numer?
-Nie wiem proszę pana.
Spojrzeli na mnie krzywo.
-Po co Ci pusty zeszyt?
-Do notowania... to jest mój... mój... nie umiem znaleźć słowa
-Pamiętnik?
-Chyba tak.
-No nie porobisz go jak Cię zapuszkują.- warknął Adam użerając się z kopertą.
A więc jakaś siła wyższa próbowała powstrzymać policjantów by dowiedzieli się prawdy o mnie. Z zeszytu zniknęły moje poprzednie cele podróży a listu nie mogli otworzyć. W końcu wpadli na pomysł bym ja to zrobił.
-Masz otwórz to.
-Nie powinien już chyba dotykać dowodu zbrodni. Na kopercie jest krew.
-No nie powinien ale skoro my nie możemy tego otworzyć...
-To są kurwa jakieś jaja. Trzech facetów nie może otworzy koperty?- warknął Tony.
Podali mi ją i otworzyłem ją najzwyczajniej w świecie. Wyjąłem list i podałem im.
-To musi być jakiś pierdolony iluzjonista. Na kartce nic nie ma.
-Pogrywasz sobie z nami cooooooo?
-Nie.- w mojej głowie pojawił się totalny chaos. Wyglądało na to, że teraz jakaś siła próbuje powstrzymać policjantów by dowiedzieli się, że jestem Wyjątkowy. Skoro Ben zareagował na to tak ostro a znajomość ze mną przypłacił życiem...
-Panowie nie ma co. Ładujemy go do celi. Obyś sobie znalazł dobrego adwokata.
-Przepraszam kogo?
-Mamy tu do czynienia z konkretnym idiotom. Kogoś co choć spróbuje Cię wybronić. Masz do tego prawo. Póki co ładujemy Cię do celi i tam będziesz oczekiwać na rozprawę.
-Na rozprawę?
-Na osąd. Zawsze możesz spróbować się nie przyznać do winy.
-Rozumiem. A czy mogę poza obroną... kogoś oskarżyć?
-Oskarżyć? Ty chcesz kogoś oskarżyć?
-Tak.- wzięło mnie na odwagę.- Skoro już zeznaję chcę oskarżyć tych, którzy uważają że ich też próbowałem zabić.
-Jednak nie jest taki głupi, będzie próbować przekonać sąd, że został wrobiony.- mruknął Tim.
-Taaaaaak, tyle że iluzje to on może sobie stosować na nas a nie na sędzi.
-Iluzje?- nie znałem tego słowa
-Czary. Oszustwa, ułudy, szachrajstwa. Czyli najogólniej mówiąc kłamstwa.
-A więc iluzją jest to, że go zabiłem...
-Szczekliwy. Zamykamy go. Ruszaj się. Skoro nie łapiesz kim jest adwokat pewnie nie byłoby cię na niego stać.
-Ano nie byłoby. Nie znaleźliśmy w jego rzeczach żadnych pieniędzy. Za to znaleźliśmy dziwny kamień. Wygląda na wartościowy.
Wyglądało na to, że Henry i Jerry mnie okradli. Musieli działać bardzo cicho skoro nic nie było w stanie obudzić ani mnie ani Bena.
-Swoje rzeczy będziesz mógł odzyskać jeśli jakimś cudem Cię uniewinnią.-Tim posłał mi paskudny uśmiech.
-Rozumiem.
Zaprowadzili mnie do pomieszczenia w którym było ciemno, zamiast drzwi była żelazna krata a w środku było tylko prowizoryczne łóżko.
-Tu będziesz siedzieć do czasu rozprawy. Mamy obowiązek zapewnić ci żarcie, jeśli będziesz chciał do toalety masz powiedzieć strażnikowi.
-A czy... czy mógłbym dostać coś dzięki czemu mógłbym pozbyć się tego?- złapałem się za moje długie kudły i brodę
-I tak musiałbyś się tego pozbyć. Jeśli uda nam się potwierdzić twoją tożsamość dobrze byłoby wiedzieć jak naprawdę wyglądasz.
Sam chciałem to wiedzieć... Już od dawna.
Usiadłem na łóżku. Patrzyłem przez kratę na obserwującego mnie strażnika, jadł sobie pączka. Zaburczało mi w brzuchu. Ale wolałem się póki co nie odzywać. Zwinąłem się w kącie prowizorycznego łóżka. Nadchodziły złe dni... Bardzo złe.